sobota, 1 czerwca 2013



Ukochany spaniel, wredny mąż i anoreksja


Henrietka, czyli słodkie dziecię z perspektywami
 Henrietta była ślicznym dzieciątkiem. A potem śliczną panieneczką. I nawet to, że wszyscy nazywali ją pieszczotliwie „Minette” (sic!) nie ujmowało jej uroku. Tańcowała po francuskim dworze niczym elfia księżniczka, roześmiana, bystra i wesolutka. Uwielbiała bale, ploteczki, ogrodnictwo, dworskie ceremoniały, niewinne flirciki i swojego spaniela o imieniu Mimi, z którym nie rozstawała się nawet podczas tańca (i to baletowego! Biedna Mimi musiała być solidnie wytrząchana), a tym bardziej podczas pozowania do portretów. Kiedy nie pląsała zajmowała się kolekcjonowaniem obrazów i korespondencją z najznamienitszymi literatami epoki. Po prostu idealna księżniczka, cudeńko, aż zęby bolą. Wszyscy ją uwielbiali, a na czele fan klubu stał nie kto inny jak uroczy kuzynek Ludwik XIV. 


 

Owszem, start miała nieszczególny – gdy przyszła na świat (1644) w jej rodzinnej Anglii trwała wojna domowa. Oliver Cromwell toczył pianę z ust nawołując do mordobicia i dekapitacji, a szanowny tatuś delikwentki, wyjątkowo nieudolny Karol I, był na najlepszej drodze do zostanie jedynym brytyjskim monarchą który dał się obalić i ukatrupić. Trzy lata później zrobiło się na tyle nieciekawie, że Henriettę postanowiono przeszmuglować do Francji. I słusznie, bo nie minęły kolejne dwa lata jak Karola skrócono o jakieś 30 centymetrów, co oglądający trupa Cromwell skomentował: „Było to dobrze zbudowane ciało, które mogło długo żyć....”. Szczyt nietaktu, nieprawdaż? Na szczęście Henrietta była za mała żeby pamiętać tatusia, a tym bardziej długo się smucić. Rosła sobie wesolutko na francuskim dworze, za towarzyszy zabaw mając pięć lat starszego Ludwika XIV i jego brata Filipa zwanego Monsieur. Którzy traktowali ją jak małą siostrzyczkę, albo śliczną laleczkę – zależy z której strony się patrzy. Później, gdy towarzystwo nieco podrosło, Ludwika i Minette połączył nawet drobny romansik, niestety nie owocujący małżeństwem gdyż albowiem a) Minetka była wówczas mało obiecującą partią (księżniczka królestwa ogarniętego wojną domową, córka króla bez głowy, śliczności bez posagu i znaczenia politycznego itd. Itp.)  oraz b) Ludwik miał już wówczas żonę, bardzo należytą, bo nie dość że infantkę to jeszcze własną bratanicę i na dodatek w pierwszej ciąży.
            

Spaniel po raz pierwszy

po raz drugi
    Dopiero kiedy Karolowi II udało się pogonić Cromwella i posadzić zadek na brytyjskim tronie notowania Minette poszybowały w górę. Niestety, Ludwik był już nieosiągalny (infantka ani myślała umierać w połogu) więc w konkury polecono ruszyć jego jedynemu bratu, Filipowi Orleańskiemu zwanemu Monsieur. Sęk w tym, że Monsieur nie gustował w płci pięknej. O nie, nie był po prostu gejem. Był przegiętą, wysztafirowaną, zbabiałą ciotencją która z perwersyjną przyjemnością dała sobą pomiatać kolejnym kochankom. Saint Simon opisuje go jako brzuchatego karypla na wysokich jak szczudła obcasach (tak, szanowni państwo, wysokie na 10 cm obcasy zaczęły karierę jako element mody męskiej i dopiero potem przeszły na panie), zawsze odstawionego jak cieć na święto lasu. Ledwo było go widać spod tych wszystkich pierścieni, wstążek, bransolet i gigantycznej peruki. Może to i lepiej. Był uroczy, ale pusty jak Auchan w Boże Ciało. Z rozrywek intelektualnych preferował ploteczki oraz napuszczanie na siebie dam dworu. Z rozrywek fizycznych – wiadomo.
              

i po raz trzeci
Monsieur oficjalny
  Ktokolwiek liczył na to, że ślub z śliczniusią, rozkoszną, bystrą i uroczą Minetką skieruje Monsieur na dobrą drogę i wyrwie go z objęć chciwych jak przysłowiowa baba z Radomia faworytów, tego czekało rozczarowanie. Owszem, przez pierwszych kilka tygodni po ślubie Monsieur wydawał się być głęboko zakochany – otwarcie adorował żonę, zasypywał podarunkami a nawet intensywnie z nią sypiał. Ale potem mu przeszło. Z „wielkiej miłości” został tylko brudny osad – chora zazdrość którą Monsieur torturował Minetkę do końca życia. Nie ma nic gorszego niż facet w typie psa ogrodnika. Sam wolał pukać chłopców (chociaż pukał i żonę, co najmniej osiem razy w ciągu dziewięciu lat małżeństwa, choć przeżyły tylko dwie córki) ale z Henrietty chciał zrobić westalkę. Skończyło się na szczerej wzajemnej nienawiści i regularnych (publicznych, jak wszystko na wersalskim dworze) awanturach, podkurwianiach oraz mobbingu. I tak, Monsieur bezczelnie woził się z kawalerem de Lorraine, niemal robiąc mu dobrze na oczach całego dworu i zdissowanej żony, a ta w odwecie dawała się podrywać… byłemu kochankowi Filipa, księciu de Guise.

wyjątkowo bez spaniela. nie zmieścił się.

Monsieur jako lala, bardziej true to life
        To była nierówna walka. Monsieur był starym podjudzaczem, a Minetka wrażliwym dziewczęciem. Jego rajcowały przepychanki, ją balet. On preferował wyuzdane dymanka, ona – romantyczne zaloty i subtelne gry miłosne. Ale przede wszystkim – on był facetem. Mógł więc decydować o losie żony i zrobić z jej życia piekło w którym kawaler de Lorraine byłby naczelnym biesem szturchającym widłami chudy zadeczek siostry angielskiego króla. Chudy, ponieważ zmiętolona przez męża Minetka wyhodowała sobie anorexię nervosę. A potem, biedaczka zaczęła się sypać. Wreszcie, po niemal dekadzie małżeńskiej wojny, zmarła niespodziewanie i mocno gwałtownie, prowokując plotki o truciźnie i tym podobnych. Minetka wreszcie miała święty spokój, a Monsieur wydano za Elę Wittelsbach, herodbabę z miedzianym czółkiem, która w prywatnej korespondencji nazywała go per „gównem” (nie tylko jego – dostawało się całemu dworowi), obżerała się sauerkrautem i miała w nosie kto i w jakim zakresie smera jej męża. Awanturowanie się z nią było o wiele mniej wdzięczną rozrywką niż przysrywanie biednej Henriettcie. Ela bowiem była od swojej poprzedniczki o wiele bardziej odporna, zrównoważona, wesoła i uparta. Czasy zwiewnych tańców, tulenia spanieli i łkania w haftowane poduszki minęły bezpowrotnie. 

wtorek, 2 października 2012



Jurny Karolek

Muszę trochę odpocząć od infantów. Zaczynam mieć koszmary genealogiczne z których budzę się kombinując, czy moja babcia jest moją babcią czy może cioteczną prawnuczką, którą wydam za swojego owdowiałego zięcia. Dlatego dzieci Karola III złożą się na ostatni odcinek w tym temacie, przynajmniej na czas jakiś.

Karol III (1724 – 1788) był, jak już mówiłam, pogodnym poczciwiną i całkiem kompetentnym monarchą. Na tron wepchnął go los oraz ambitna mamusia, która na długo przedtem wybrała mu odpowiednią żonę.  Karola raczej nie pytała o zdanie. Kandydatka była młodziutka, zdrowa, świetnie skoligacona (córka Augusta III Sasa,  króla Polski a jakże), z płodnej matki (13 rodzeństwa!) i należało szybko sprzątnąć ją sprzed nosa potencjalnym amatorom. Trzask – prask i było pozamiatane. Teściowie przekonani, posag ustalony, zgoda i błogosławieństwo papieskie zaklepane. Siedem miesięcy później, 14 letnia panna młoda została zaślubiona ZDALNIE, we Wiedniu (za Karola  robił jej osobisty brat, normalna sprawa) i zaraz potem ruszyła w drogę, do męża którego nigdy w życiu nie widziała na oczy. O dziwo, to aranżowane małżeństwo nie skończyło się pantoflarstwem, darciem kotów ani kiepskim seksem wyłącznie z obowiązku. Wesolutka, oczytana i tryskająca energią Maria Amalia została najlepszą przyjaciółką swojego męża. Plusy takiej sytuacji są oczywiste. Minus tylko jeden – notoryczne zaciażenie. Maria Amalia urodziła pierwsze dziecko jako 16 latka i od tej pory produkowała je niemal bez przerwy, przez kolejne 17 lat. Nie dociągnęła biedactwo nawet do 40, ledwo zipiąc od ciągłego rodzenia nie miała szans w starciu z gruźlicą. Co gorsza, z trzynaściorga jej i Karola dzieci raptem szóstka dała radę przeżyć dzieciństwo. 

 Na przykład, Maria Izabela (1740 – 1742) poddała się dość szybko.


Maria Józefa (1742) oraz Maria Izabela Anna (1743 – 1749) takoż. 

Za to Maria Józefa numer dwa (1744 – 1801) dała radę. Pomogło jej to, że jakimś cudem uniknęła zamążpójścia, choć nie była garbata, chora na epilepsję, ani nie posiadała drugiego nosa. Księżniczka prezentowała się całkiem twarzowo i nawet chciano ją parę razy sprzedać. Leopolda Hasburga, przyszłego Cesarza Rzymskiego sprzątnęła jej sprzed nosa własna siostra, Maria Ludwika. A w wyścigu do francuskiego monarchy, świeżo owdowiałego Ludwika XV,  została pobita na głowę przez niejaką  Jeanne Bécu. Konkurentki były prawie w tym samym wieku (23 i 24 lata), tyle że jedna była hiszpańską księżniczką a druga luksusową córą Koryntu i bękartem kucharki (zapewne z tych z kurwikami w oczach) oraz mnicha. Ludwik miał 58 lat i nie zastanawiając się długo olał sprawę mariażu szerokim łukiem decydując się na rozkoszny acz wykluczający dalszych delfinów konkubinat. A Maria Józefa powędrowała na półkę, na której zbierała kurz już do śmierci. Snuła się po korytarzach miętosząc swoje ukochane miniaturowe spaniele (zerknijcie na portrety), podpisując kolejne darowizny na rzecz klasztoru Karmelitanek i drąc koty z wszechwładną królową – bratową, nomen omen Marię Ludwikę jak siostra, wówczas już cesarzowa. Zresztą kto wie, może nigdy nie uznawała płodzenia książątek za swoje powołanie? Może była niepokorna i charakterna – co by tłumaczyło wojnę z bratową, z którą mało kto odważał się zadzierac? Ale przynajmniej fizycznie skapcaniała i obwisła do tego stopnia, że na makabrycznym portrecie Goyi wygląda na 90 choć nie ma jeszcze 60tki. Zresztą umarła niedługo po jego namalowaniu. 

Maria Józefa spanielofilka

       Maria Ludwika (1745 – 1792) zapewne wielokrotnie gratulowała sobie tego, że to jej a nie jej starszej siostrze, przypadł tak obiecujący narzeczony. Leopold Habsburg, młodszy od niej o dwa lata, mało piękny ale foremny (a u Habsburgów różnie z tym bywało) a na dodatek gwarantowany przyszły wielki książę Toskanii oraz drugi w kolejności do Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego i kilku innych koron. Ufff. Po prostu malinowo. Młoda para pobrała się zdalnie i symbolicznie w 1764, a w następnym już osobiście. Przez 23 lata żyli sobie spokojnie produkując dzieci, jak było w kontrakcie. Aż tu nagle starszy brat Leopolda bezdzietnie kopnął w kalendarz i nagle Ludwika stała się żoną władcy połowy Europy. Toż to wymarzona emerytura dla wymiętolonej księżnej, która wreszcie zamiast rodzic będzie mogła paradować w brokatach po komnatach Schönbrunn, dawać sobie dogadzać i pławic się w słodyczy zaspokojonych ambicji. Little did she realise! Mężulek zczezł niespodziewanie, niecałe dwa lata po intronizacji. Lojalna Maria Ludwika podążyła za nim po dwóch miesiącach z groszami. 

Maria Ludwika - chwilowa cesarzowa

Aż wreszcie nastąpił upragniony Infant – książę Filip (1747 – 1777). W dzień jego narodzin dwór prawie ocipiał z radości – po pięciu dziewczynach wreszcie jest następca! Hurra! A do tego tłuściutki, rumiany i wierzgający! Nadano mu imię po zmarłym rok wcześniej królewskim dziadku, z wielką pompą ochrzczono i zaprezentowano poddanym. I wszyscy byliby zadowoleni niczym Berlusconi w saunie z nieletnią, gdyby nie fakt że w ciągu następnych kilku lat spektakularny WIN okazał się wielkim, habsburskim FAILem. Nie, tym razem nie chodziło o żuchwę. Było o wiele gorzej - pierworodny Karola III okazał się być debilem. Przez pierwszych kilka lat próbowano nie zauważać problemu. Para królewska udawała że wszystko jest w porządeczku choć książę miał  ciężki niedorozwój wypisany na twarzy, miotała nim epilepsja i wieku lat siedmiu mówił tylko pojedyncze słowa a i to rzadko. A potem nadszedł rok pański 1759 i już nie można było udawać. Karol III odziedziczył po bracie tron hiszpański. Zwołano więc konsylium lekarsko – urzędnicze, mające zadecydować czy dwunastoletni wówczas Filip na przyszłego króla się nadaje, czy nie. Nie nadawał się. Zastąpiony przez młodszego brata został wyekspediowany do nowiusieńkiego pałacu pod Neapolem podczas kiedy reszta rodziny udała się do Hiszpanii. Od tamtej pory Filip wiódł wesołe życie ukochanego spanielka któremu szurnięta właścicielka-bilionerka zapisała w testamencie cały majątek. Zadbany i nie narażony na świat zewnętrzny, egzystował radośnie, niczym Neandertalczyk w Edenie. Jeden z nielicznych gości „zewnątrz” który miał go zaszczyt odwiedzić napisał potem że książę „przewraca oczami w sposób przynależny idiotom i noworodkom (…) wiedzie wesołe, zwierzęce życie. Je i pije z przyjemnością, nie targają nim namiętności a jego ulubione rozrywki są tak dziecinne, że spodobałyby się niemowlęciu”. Czyli, jak widać, autor był mocno poruszony. Ale mylił się – radosny  kretynek Filip miał jedną namiętność. Kopulację. Ruszał ponoć w pościg za wszystkim co miało kieckę i cycki, rzucał się na biedactwa, obłapiał i próbował skonsumować. Oczywiście liczna eskorta natychmiast unieszkodliwiała księcia, a jego opiekunowie stawali na głowie żeby odseparować go od przyczyny tych nieeleganckich ekscesów. Mieszkanie w pałacu z Filipem to musiała być niezła jazda. Skończyła się jesienią 1777 roku, kiedy to trzydziestoletni fizycznie  i niemowlaczy mentalnie książę zmarł na ospę. 

W ten oto sposób infantem, a potem królem Hiszpanii, został Karol (1748 – 1819). Karol ów miał trzy podstawowe cechy charakterystyczne. Po pierwsze był silny jak byk. Gdyby miał w pałacu siłkę to by wyciskał, a tak musiał zadowolić się zapasami z specjalnie na tę okazję dowożonymi, krzepkimi wieśniakami (zakładam, że wydelikaceni dworzanie nie chcieli ryzykować rozgniecenia na miazgę). Po drugie był mało błyskotliwy. Taki tępawy poczciwina. Rządzenie go onieśmielało, co sprowadza nas do trzeciej cechy charakterystycznej, a mianowicie zony. Maria Ludwika Parmeńska (1751 – 1819) która została jego połowicą jako piętnastolatka, była twardą sztuką. Inteligentna, wesoła, solidnie wykształcona przez wysokiej klasy grono pedagogiczne kolegujące się z Rousseau i Diderotem… a przy tym próżna i niemiłosiernie ambitna. Maria nie miała większych problemów z spantoflowaniem swojego niezbyt lotnego zapaśnika. Od tej pory rządziła ona. Z czasem wzięła sobie do spółki faworyta (romansu nie udowodniono), którego król przyjął z otwartymi ramionami i dopieszczał przez resztę życia.  Niestety, pięknej Marii Luizie (a była słodziutka, vide pierwsze portrety) przyszło słono zapłacic za tronowanie. Notoryczne ciąże wyssały z niej kolagen i ceramidy i biedna Maria zamieniła się w straszydło. Bezzębne przed 40 tką straszydło. Niezrazona próbowała nadrobic szalonymi kieckami i kapeluszami wielkości hipopotama. Mąż i tak wielbił ją jak na safandułę przystało, a pijani wpływami na dworze kochankowie (o ile byli, dowodów nie ma, plotek mnóstwo) nie koncentrowali się na takich drobiazgach. W tamtych czasach, kiedy 90% populacji miało jakieś defekty, kiedy śmierdzący oddech był na porządku dziennym (szczególnie u żrącej cukier szlachty) tak jak i ospowatośc, paskudne wysypki, pasożyty, intensywne pocenie się pod perukami oraz wielowarstwowym odzieniem bez zwyczaju choćby cotygodniowej kąpieli … W tamtych czasach nauczono się postrzegac piękno osobiste fragmentarycznie. Oto dama – owszem, ma twarz jak powierzchnia księżyca i wyłupiaste oczy, ale co za szyja! Jakaż majestatyczna brew i wieszcząca hordę potomków szeroka kibić! Teraz nikt nie skupia się na szczegółach, chyba że już przypasował mu ogół. A wtedy potrafiono się skupic na jednej rzeczy i docenic ją choćby reszta była mocno niezadawalająca. W każdym razie Maria Ludwika może i nie miała zębów, ale miała ramiona. Piękne, jak to się mówi krągłe, jakby utoczone, z małymi dłońmi młodej dziewczyny. Proszę sobie popatrzec – są na każdym portrecie powstałym po utraceniu pierwszej dwójki (szczęka obojętna), gwarantuję. Maria Ludwika i grzeczny Karol, rządzili sobie zgodnie, aż przyszła wojna. Potem był burdel na kółkach w wyniku którego para królewska abdykowała i zaczęła się szwendac po Europie, by w końcu osiąść w Rzymie. Tam na początku 1819 roku zmarła Maria Ludwika, a w niecałe trzy tygodnie później, posłuszny i zakochany jak zawsze małżonek podążył za nią. 

grzeczny Karol z przodu i z tyłu

Maria - od dziewczęcia do raszpli

Maria Teresa (1749 – 1750) ja widać tylko mignęła historii.

Nie to co Ferdynand (1751 – 1825), mistrz heroicznych póz na portretach, kolejny polityczny leniuch i pantofel. Ferdynand miał osiem lat gdy został królem Neapolu i z czasem okazał się bardzo podobny do starszego brata, króla Hiszpanii. Łączyło ich upodobanie do sportów, obcowania z najniższym plebsem (Karol lubił miotać wieśniakami a Ferdynand bujał się z karczmianym mieszczaństwem, przejmując ich bynajmniej nie dworskie obyczaje i język. Zgroza.), polityczna impotencja oraz pantoflarstwo. Za taki stan rzeczy odpowiedzialny był miedzy innymi regent nieletniego księcia, który najwyraźniej miał master plan na to, jak wychodować sobie bezwolną kukiełkę do siedzenia na tronie podczas kiedy on będzie pociągał za sznureczki. Zachęcał młodziutkiego Ferdynanda do polowań i bratania się z prolami, kosztem należytej edukacji. Geografia? Maniery? Literatura? Historia? Nuda, drogi chłopcze. Idź złów trochę rybek i sprzedaj je na miejskim targu (robił to. Serio. A zarobioną kasę rozdawał biednym). W ten sposób wychował ignoranckiego atletę, gotowego  podłożyć się każdej silnej osobowości jaką spotka. Plan był tak szczwany że można by doczepić mu ogon i nazwać łasicą. Ale nie przewidywał jednego  - cesarzowej Marii Teresy. W rok po objęciu „samodzielnych” rządów, Ferdynand poślubił Marię Karolinę, jedną z jej licznych córek. Maria Teresa była wytrawnym politykiem, szczwaną babą bez skrupułów i z jasno określonymi priorytetami. Nie było na nią mocnych. Z żelazną konsekwencją usadzała swoje obfite potomstwo na kolejnych tronach Europy, szkoląc je przedtem w kwestii rodzinnej lojalności etc. Maria Karolina przypominała matkę – była bystra, odważna i uwielbiała rządzić. W kontrakcie ślubnym zastrzeżono (genialna Maria Teresa!) że królowa Neapolu po urodzeniu pierwszego syna zyska głos w radzie stanu. Zyskała. Wygryzła byłego regenta. Zdominowała atletycznego małżonka. I przejęła władzę. Niestety, poczynała sobie zbyt odważnie – w wyniku jej rządów Ferdynand musiał zwiewać przed wojskami francuskimi. Co prawda za jakiś czas wrócił, ale po kilku latach wybył już definitywnie, za sprawą Napoleona. Zrzekł się tronu na rzecz syna (który został jego regentem i panował równie symbolicznie, zostawiając politykę faworytom płci męskiej i umilając sobie próżniaczy żywot faworytami płci pięknej) i został wynagrodzony… separacją od nadgorliwej małżonki. Faktyczna władczyni Neapolu i Sycylii została zesłana do rodzinnej Austrii, gdzie zapewne zgorzkniała i na pewno zmarła w 1814. A w międzyczasie Ferdynand ZNOWU wrócił na tron oraz, w niecałe 3 miesiące po zgonie połowicy, zawarł skandaliczny (a żałoba gdzie? hę?) ślub z niejaką Lucią. Lucia nie miała ambicji politycznych, miała za to 44 lata, i tak o prawie 20 mniej niż Ferdynand. Para żyła sobie spokojnie aż do 1825 roku, kiedy to król obojga Sycylii wyzionął ducha w zaawansowanym wieku lat 74. 

Ferdynand i jego pozy

Przydział na kretynów i tępawych siłaczy najwyraźniej wyczerpał się po Ferdynandzie. Dwójka młodszych braci, jak na ironię, prezentowała skrajne odmienne usposobienie. Inteligentni, spokojni i pracowici, byliby doskonałymi kandydatami na królów. Niestety, w kolejce wyprzedziło ich mniej rozgarnięte rodzeństwo. Gabriel (1752 – 1788) a właściwie Gabriel Antonio Francisco Javier Juan Nepomuceno Jose Serafin Pascual Salvador de Borbon y Sajonia (ciekawe czy umiał to wyrecytowac na jednym oddechu), był ulubionym synem Karola III. Dziwnym nie jest – po imbecylu i dwóch baranach król wreszcie doczekał się dziecka, które nie dostawało wysypki na widok książek i nie prowadziło regularnej eksterminacji lokalnej fauny leśnej. Gabriel był kulturalny, wykształcony, miał królewskie maniery a wolnym czasie tłumaczył (fachowo) literaturę albo muzykował (także fachowo). Ożeniono go późno, bo dopiero jako 33 latka, ale za to z kuzyneczką której jeszcze nie stuknęła 17nastka. Książę dopisał do swoich rozrywek płodzenie i, zanim po trzech latach sczezł na ospę, zmajdrował żoneczce trójkę potomstwa. Przeżyło tylko jedno. A zajeżdżona wdówka po kilku miesiącach dołączyła do niebiańskiego stadka.

Gabriel Antonio Francisco Javier Juan Nepomuceno Jose Serafin Pascual Salvador de Borbon y Sajonia


 Potem była Maria Ana, ale nie dożyła urodzin.

A następnie Antonio Pasqual (1755 – 1817), ten w powalającym złoto – srebrnym szustokorze. Także bystrzak. Literatura, historia, sztuka… te sprawy. Przez 40 lat żył sobie głównie intelektualnie aż nagle dostała mu się żona. Odstąpił mu ją dobrodusznie sam Karol IV, tatuś rzeczonej. Niestety ktoś się nie spisał bo 3 lata małżeństwa nie zaowocowały progeniturą, za to wykończyły brataniczkę ostatecznie i śmiertelnie. Przez resztę życie, cwany Antonio utrzymywał się na politycznej powierzchni, pomimo masakrycznej wojny z Francją, królewskiej abdykacji, Napoleona i tym podobnych, robiąc to co kazała mu aktualna władza. Czyli dochrapał się ciepłej posadki z dożywotnim dostępem do biblioteki, gorącej czekolady, służby i ładnych obrazów. Fair enough.

Antonio - mistrz drugiego planu
  

Był jeszcze Francisco (1757 – 1771) ale nic nie zdziałał, nie spłodził ani nie narozrabiał, bo nie miał czasu. 

ufff. nigdy więcej infantów!