sobota, 30 lipca 2011

Blade lico i namiętne usto pobożnej Eleonory


               Można sobie marudzić że współczesne bachory taszczą do szkoły ważące tonę tornistry, że rodzice je torturują seriami zajęć pozalekcyjnych, karmią syfem z fastfudów, nie czytają bajek a w zamian każą im patrzeć jak grają z kolegami w God of War. Kiedyś jednak było o wiele gorzej i nawet wysoki status społeczny nie chronił  przed dzieciństwem które dziś w try miga uznanoby za patologiczne. Można nawet zaryzykować tezę że bachorki arystokracji miały o wiele bardziej przerypane niż np. mieszczaństwa. I to z kilku powodów. Po pierwsze: ciuchy (kiedyś opowiem o tym obszerniej, obiecuję) – sztywne, niewygodne i wręcz nieludzkie stroidła, miniatury tych „dorosłych” z gorsetami, krezami i całym arsenałem środków uniemożliwiających swobodne bieganie, czy nawet odrobinę łobuzowania. Wbijano w nie małe książątka i hrabinki kiedy tylko nauczyły się jako tako chodzic. Po drugie: małżeństwa. Dziecko szlacheckie było przede wszystkim potencjalną żoną lub mężem, mającym/ą zawrzeć korzystny dla rodu związek. To był najwyższy cel jego klajniaczej egzystencji. Rodzice bardzo rzadko brali udział w wychowaniu swoich dzieci i ograniczali się do wydawania rozkazów oraz decydowaniu o ich przyszłości. Przytulanki raczej nie wchodziły w grę i to nie tylko z uwagi na monstrualne odzienie. Po trzecie: lekarze. Właśnie tak. Można odnieść wrażenie że kiedyś lekarze zajmowali się głównie wykańczaniem pacjentów. Ich ulubionymi sposobami „na wszystko” było podawanie środków wymiotnych albo przeczyszczających i puszczanie krwi. Dzieci królów i biedoty chorowały po równo, ale tylko te pierwsze dobijano „staranną opieką lekarską” (dość przypomnieć historię przyszłego Ludwika XV który przetrwał choróbsko które zabiło jego braci i rodziców tylko dla tego że jego opiekunka zabarykadowała się z nim w komnacie, chroniąc się przed dworskimi lekarzami). Niższe warstwy rzadko było stać na medyka więc albo obchodziły się bez niego, albo na swoje szczęście trafiały do znających się na ziołach znachorek.
                No ale czas najwyższy wrócić do Eleonory (1598 – 1655), która w kwestii dzieciństwa miała wybitnego farta. Była zdrowym, silnym dzieckiem bez żadnych deformacji i oszpeceń. To już duże fory biorąc pod uwagę kondycję ówczesnej arystokracji uwielbiającej hajtać się z własnymi siostrzenicami tudzież wujami. Była najmłodszym dzieckiem  księcia Mantui i jego żony Eleonory Medycejskiej, i jako najmłodsza miała największy luz. Gromada starszego rodzeństwa wydawała się gwarantować przetrwanie RODU, książę mógł rozluźnić zadek  w kwestii zamążpójścia Elusi. Mantua była wówczas wielkim centrum kulturalnym  więc mała księżniczka wyrastała w bardzo sprzyjającej atmosferze. Dość wspomiec że ten pierwszy portret w czerwonej kiecuchnie jest podobno autorstwa Rubensa („przytulonego” przez mantuański dwór) a ten drugi (z niemiłosierną krezą a właściwie kołnierzem tzw. medycejskim o ile się nie mylę) - Fransa Porbusa II. Trzeba przyznać że z wydaniem Eleonory za maż wcale się nie spieszono. Przed ołtarzem stanęła dopiero w ocierającym się o staropanieństwo wieku lat 24. Ale za to z jaką partią! Najmłodsza córka mantuańskiego księcia zaliczyła gwałtowny upgrade i została cesarzową. Niezły interes jak na ostatnią w kolejce latorośl. Co prawda pan młody był „z odzysku”, o dwie dekady od niej starszy a co gorsza był Habsburgiem, ale za to rządził Czechami, Węgrami oraz świętym Cesarstwem Niemieckim. Plus miał już kilkoro dzieci z poprzedniego małżeństwa, w tym dwójkę  synów, więc habsburskie zabójcze dla kobit „parcie na dziedzica” zostało Eleonorze oszczędzone. I tak zamiast rodzic własne (zmarła bezdzietnie) młoda cesarzowa matkowała cudzym, acz mężowym więc teoretycznie też swoim. Nie oszczędziła jej za to druga obsesja Habsburgów – obsesja gromadzenia terytoriów. Z czasem okazało się że zamiast wpływów i ogólnego dobrodziejstwa „cesarskie małżeństwo” przyniosło księstwu Mantui (TADADADA!) zagładę. Jak? Ano tak: zmarł tatuś Eleonory a po nim w przeciągu 15 lat wszystkich jej 3 braci, którzy po kolei zasiadali na tronie i po kolei opuszczali ten łez padół bez spłodzenia męskiego potomka. Z tegoż powodu w 1630 tron opustoszał i zaczęła się rozróba, bo każdy kto miał nawet cień pretensji do niego ruszył do boju. Najbardziej skuteczny okazał się oczywiście Habsburg, czyli osobisty mąż Eleonory. Przez małżeństwo z księżniczką zyskał, mgliste ale zawsze, prawa do księstwa. Oczywiście, jak to Habsburg, ani myślał się opindalac i bawić w negocjacje tylko wysłał do Mantui armię, obległ miasto, spokojnie poczekał kilka miesięcy aż mieszkańców zdziesiątkuje szalejąca wówczas  za murami zaraza po czym zdobył je, spalił, złupił oraz  rozdyźdał w tę i nazad.  A biedna Ela musiała się pogodzić z tym że jej ojczyznę szlag trafił pośrednio z jej powodu. Nie dziwota że po takim mega FAILu poświęciła się dobroczynności i religii. Ufundowała kilka klasztorów i zamiast gadac z tym bucem Habsburgiem wolała leżec krzyżem w pałacowej kaplicy. Na szczęście małżonek był uprzejmy umrzeć w 1637 więc Eleonora przez prawie dwie dekady mogła żyć sobie swobodnie, jako wdówka. 


Na koniec kilka słów o portretach. Uwierzcie lub nie, ale Eleonora była powszechnie uznawana za wyjątkową piękność. O ile trudno to zrozumieć patrząc na portret dołączony do dwóch z czasu dzieciństwa (bo widać na nim głównie ogromniastą krezę) czy dwa portrety pełno postaciowe (bo widać na nich głównie majestat sukni oraz pieski) to przy najniższym obrazku sprawa robi się w miarę jasna. Przynajmniej dla mnie. Trzeba pamiętać że w tamtych czasach kryteria piękności był skrajnie odmienne od dzisiejszych. W świecie pełnym księżniczek dziobatych po ospie, szczerbatych, kulawych, albo przynajmniej wyposażonych w charakterystyczne żuchwidło odziedziczone po jakimś krewnym Habsburgu, nauczono się doceniać szczegóły. I to każdy z osobna. Na przykład jeśli dama miała krągłe ramiona o białej skórze to za nie ją wychwalano i wielbiono, przymykając oczy na krótkie nóżki tudzież braki w uzębieniu. Eleonora, co widać na moim ulubionym portrecie obok, miała piękną porcelanową cerę, duże błyszczące oczy i zmysłowe usta. Na dodatek nie była ułomkiem a w tamtych czasach, szczególnie w Italii, ceniono kobity co to mają czym odetchnąć i wyglądają na dobrze odżywione. Na wszystkich dorosłych portretach nasza Eleonora zakuta jest w najszykowniejsze suknie w stylu hiszpańskim, podkreślające majestat i zasłaniające niemal  wszystko inne. Zwierzę się, że mnie zawsze kojarzyły się z pancerzami owadów, szczególnie te z początku wieku XVII ze sztywną baskiną.

środa, 27 lipca 2011

Kuba, ruchy niegodne filozofa i co z nich wynikło, czyli krótka opowieść o Jakubie Szkockim i jego dzieciach.



      Na pierwszy ogień pójdzie Jakub (1566 – 1625) – niewzględny chłopczyk, młodzieniec i dziad z portretów powyżej. Szczególnie lubię jego podobiznę jako ośmiolatka, z sokołem, szpadą, krezą, zawadiackim pękiem piór na berecie i w przypominającym pancerz kaftanie. Stoi sobie, bladawiec wymoczkowaty, w prawie baletowej pozie i ma dokładnie taki sam wyraz twarzy jaki będzie miał przez calusieńkie życie – obojętny a zarazem skupiony, bez cienia uśmiechu. Jakub był owocem nierozsądnej miłości Marii Stuart i ślicznego lorda Darnleya, któremu woda sodowa uderzyła do głowy w tak spektakularny sposób że szybko z ukochanego przeistoczył się w major pain in the royal arse. Odkochana Maria zmuszona była unieszkodliwić go ostatecznie – gdy Jakub miał 7 miesięcy jego 22 letni tatuś zginął w niewyjaśnionych okolicznościach i koszuli nocnej. Skutek wyżej wymienionej eliminacji był taki, że Marię zmuszono do abdykacji i uwięziono, a Jakub w dojrzałym wieku 13 miesięcy został koronowany na króla Szkocji. Wychowany przez obcych ludzi wyrósł w przekonaniu że Marii „należało się” i raczej nie kwapił się do odwiedzin. Kiedy mamusia kładła głowę pod katowski topór wzdrygnął się lekko, ale ze zleceniodawcą egzekucji – ciocią Elżbietą I – ani myślał się z tego powodu sprzeczać. Myślicie może że kiedy kilka lat później urodziła mu się córka to dał jej na imię Maria? A skąd. Nazwał ją Elżbietą, na cześć rudej ciotki, która już za niedługo miała czeznąc bezpotomnie i ustąpić mu angielskiego tronu. Swoją drogą to że Jakub doczekał się jakichś dzieci graniczy z cudem. Facet podobno kompletnie nie interesował się kobietami, ale za to miał wysoko rozwinięte poczucie świętego królewskiego obowiązku w związku z czym potulnie dał się wydać za Annę Duńską (miłośniczkę jebutnych kiecek na fortugałach  – ale o tym kiedy indziej). Zapładniał ją, skutecznie choć niechętnie, co najmniej 12 razy ale tylko trójka potomków przetrwała poród i dzieciństwo. Złośliwi plotkowali, że król woli chłopców i że ze swoimi licznymi faworytami nie tylko poluje ale i się tarmosi po kątach. Jednak najprawdopodobniej Jakub po prostu brzydził się seksem, uważając go za przykrą konieczność dynastyczną. Był cholernie pruderyjny, głośno potępiał sodomię i wszelkie nieprzyzwoite praktyki. Miał obsesję na punkcie boskości królów więc stawiał sobie wysokie wymagania i najprawdopodobniej nigdy nie gził się z kolegami. Wymoczkowaty Kubuś miał jeszcze jedną obsesję, dosyć obrzydliwą – diabelnie bał się czarownic. Osobiście uczestniczył w wielu procesach o czary a nawet nadzorował tortury podejrzanych pilnując żeby kaci sumiennie wyciskali zeznania zapewne. Ciekawa rozrywka, prawda? Poranna toaleta, filiżanka bulionu, msza, narada dworska a potem huzia do lochów patrzeć jak łamią kołem Kowalską z Pcimia Dolnego. Obeznany w temacie napisał nawet książkę o tym jak te zaprzedane szatanowi cholery rozpoznać i skutecznie karać. Z czasem zwątpił nieco w nieomylność sądów ale procesów nie zakazał. Poddani najwyraźniej nie mieli mu tego za złe bo kiedy zmarł, zdemenciały i już od co najmniej roku nie pamiętający jak się nazywa, płakali po nim rzewnie. A teraz czas na dzieci Jakuba:




     Henryk, książę Walii (1594 – 1612). Najwyraźniej Jakub uznał, że wychowywanie się bez matki to fajna sprawa bo jak tylko urodził mu się syn zwinął go żonie sprzed nosa i oddał pod opiekę jednemu z faworytów. Zszokowanej Annie oznajmił, że nie życzy sobie aby „zaraziła” dzieciaka katolicyzmem. Henryk wychowywał się z dala od rodziców i zapewne dlatego wyrósł na przebojowego, miłego chłopaka o dużym poczuciu humoru. Oprócz tenisa, w którego grał niemal nałogowo (jego zamiłowanie do tzw wysiłku fizycznego uwieczniono na środkowym portrecie, na którym zaraz upitoli łeb jeleniowi), Henryk wykazywał zainteresowania wymarzone dla przyszłego króla. Pasjonowała go polityka, wojsko, religia… szkoda tylko że we wszystkich tych dziedzinach kompletnie nie zgadzał się z ojcem, który go za to serdecznie znienawidził. Coraz bardziej popularny wśród poddanych Henryk i coraz bardziej wymoczkowaty oraz zgorzkniały Jakub żarli się o wszystko, bez przerwy. Stężenie wzajemnego wkurwu stało się wreszcie tak wysokie, że panowie potrafili publicznie na siebie nawrzeszczeć, albo wyjechać jeden drugiemu z liścia. Niestety Henryk, który zapowiadał się na całkiem dobrego władcę (i którego pewnie by nie ścięto, jak to uczyniono z jego młodszym bratem) był nagle fiknął na tyfus w wieku lat 18. Jakub nie pofatygował się na pogrzeb, gdyż „chronicznie nie znosił pogrzebów”. 



Elę (1596 – 1662) także wywieziono daleko od dworu, zaraz po narodzeniu. Fundując jej w ten sposób bardzo szczęśliwe dzieciństwo z dala od toksycznych rodziców. Uwielbiam jej dziecięcy portret w ogromniastej fryzurze i kiecce z wspaniałym haftem. Fajnie kontrastuje z jej późną podobizną, spokojną, jednolitą. Widać że na jednym mamy pannę na wydaniu a na drugim wdowę która ma już wszystko w dupie i nie zamierza się katować odzieniem. Jako 9 latka Anna o mało nie została królową Anglii po tym  jak spiskowcy, którym spektakularnie nie wyszedł tzw. „gunpowder plot”, wymyślili sobie porwać ją i osadzić na tronie. Plany spaliły na panewce (sic!) a spiskowców powieszono oraz poćwiartowano, jak to było w ówczesnym uroczym  zwyczaju. Anna zamiast królować wyszła za mąż za elektora Palatynatu Reńskiego, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Państwo młodzi bowiem, mieli nieprawdopodobne szczęście zakochać się w sobie szczerze i dozgonnie. Mężulek okazał się tkliwym romantykiem, adorował Annę ile wlezie, zbudował dla niej małpiarnie, zwierzyniec i wspaniały ogród w stylu włoskiego renesansu. Wdzięczna i rozanielona Ania urodziła mu 13 dzieci a po jego śmierci olała szerokim łukiem wszelkie propozycje matrymonialne.




Karol I (1600 – 1649) czyli ten którego skrócono o głowę. Jak jego babcię. Królem został przez przypadek i z zaskoczenia. Był kompletnie do tej roli nieprzygotowany i nic dziwnego że poległ haniebnie. Materiał na władcę był z niego żaden. Zacznijmy od tego że był wybitnie słabowitym bachorkiem, do 3 roku życia nie mówił i nie chodził, rodzina prawie go nie widywała zdając się całkowicie na opiekującą się nim na niańko – pielęgniarkę. Biedaczyna wielbił swojego starszego brata, marzył o tym żeby być taki jak on. Niestety, choć z czasem przestał chorować i kuleć to u progu dorosłości przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy: chorobliwie nieśmiały kurdupel (164 i ani centymetra więcej!) i jąkała o twardym szkockim akcencie. Na dodatek był strasznie szorstki w obejściu, wstydził się rozmawiać z ludźmi więc warczał i mamrotał nigdy nie patrząc w oczy. Podobno nigdy się nie uśmiechał, za to nosił kolczyk w lewym uchu. Kiedy miał okazję wreszcie się wyluzować sięgał po pędzel (podobno całkiem nieźle malował) albo bardzo kompetentnie szarpał violę. Tak jak tatuś bał się kobiet. Żony, pięknej siostry Ludwika XIII nie zdradzał wcale co skutecznie podsycało plotki o jego rzekomym gejostwie. Od kiedy został królem non stop szarpał się z parlamentem, babrał się ( z katastrofalnym skutkiem) w kwestiach religijnych oraz dusił poddanych coraz to nowymi i bardziej fantazyjnymi podatkami. Czym się to skończyło – wiadomo. Karol stracił głowę jakiś czas potem został uznany za JEDYNEGO świętego kościoła anglikańskiego, którym pozostaje do dziś.

piątek, 22 lipca 2011

konik na biegunach i obrączki

    Ta para nie wygląda na radosne dzieciaczki, prawda? Tak, są odziani w najbogatsze i najmodniejsze w ich okolicach ciuszki; obhaftowane, obszyte, tudzież obwieszone złotem. Ale to nie dla ich przyjemności. Po prostu ma od razu być jasne, że to potomkowie RODU i że żadne pitu-pitu nie wchodzi w grę. Koniec drewnianych koników, laleczek czy takich tam – interes RODU upomniał się po tę dwójkę klajniaków, które od teraz  mają zachowywać się godnie. Oraz posłusznie. 
    Chłopiec ma na głowie wianek (niezłe złotnicze cacko, swoją drogą) a to, jak mówi mi internet oraz papier, oznacza tematykę zaręczynową. Na dodatek do machania pędzlem zatrudniono samego Cranacha Starszego. Czyli najpewniej mamy parę narzeczonych, na oko nawet nie nastoletnich. Nic dziwnego że są trochę zdębiali, a odświętne ciuszki (zapewne równie niewygodne co modne, szczególnie sznurowana i rozcinana „na zagięciach” suknia dziewczynki) uwierają ich niemiłosiernie. Swoją drogą zawsze podobały mi się ich cienie uśmiechów sprawiające że dzieciarnia ma minę jakby miała ochotę uciec przez okno i coś zmalować. Ale to ciemne, jednolite tło, ta masa brązów i czerwieni sprawiają, że powaga sytuacji przytłacza je i skutecznie usadza w miejscu. Eh, nie miały lekko dzieci WIELKICH RODÓW. Showbiznes i polityka powinny być dozwolone od lat 18 bo wcześniej solidnie ryją psychikę – wystarczy spojrzeć na makabryczny uśmiech Britney (wygląda jak opętany zombie, sory, boję się jej). 
    Anyways, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, bo pewności nie ma, że na wyżej wymienionych portretach widzimy Jana, księcia Saksonii oraz jego „wybrankę” Elżbietę. Jest też wątek polski bo matką Jana była Barbara Jagiellonka, córka naszego Kazimierza IV. Tatuś zaś był saskim księciem o imieniu Jerzy i  miał wielkie brodziszcze a od niego przydomek. Z ojcem przyszłej panny młodej zgadał się kiedy Janek miał 7 lat a Ela raptem 3.  Niecałą dekadę później parę pognano do kościoła w strojach zapewne jeszcze bardziej odświętnych i niewygodnych jak te na portrecie. Jan podobno wyrósł na lenia i świszczypałę, który choć był intensywnie wdrażany do rządzenia przez tatusia to od dekretów wolał imprezy i wino. Ela okazała się inteligentnym i rezolutnym dziewczęciem z dużym parciem na wiedzę. Niestety z czasem stała się zagorzałą luteranką co skutecznie skłóciło ją z teściami, którzy grali w drużynie papieskiej i nie tolerowali odchyłów. Jej próby przekabacenia męża spełzły na niczym, tak samo jak próby sprokurowania potomków. Nadszarpnięty ciągłym imprezowaniem Jan zmarł przed czterdziestką, w 1537. Ela przeżyła go o prawie 20 lat, rozsądnie trzymając się z dala od saskiego dworu i instytucji małżeństwa.

środa, 13 lipca 2011

załącznik

W ramach załącznika – portrety dzieci brzydkiej Włoszki z poprzedniego wpisu. Nie wszystkich, tylko tych które coś zdziałały (i trochę pożyły) i których portrety dziecięce udało mi się wygrzebać. 


Franciszek (1544 – 1560) oraz jego żona Maria Stuart (1542 – 1587). Franciszek to ten rachityczny chłopczyk który po spektakularnym zgonie ojca został królem. „Dorosłego” portretu nie ma, bo biedaczek nie dożył. Jest za to słodka Marysia, z którą go hajtnięto gdy miał cztery lata. Młoda para wychowała się razem na francuskim dworze i ponoć bardzo  ale to bardzo się lubiła choć Franek był cherlawy i dukający a Marysia wysoka i wygadana. Franek padł na infekcję ucha po 18 miesiącach tronowania. Marysia wróciła do Szkocji a co  było dalej wiadomo (wredny mąż, zazdrosna kuzynka, główka precz z karku).


Ela (1545 – 1568), najstarsza córka. Nieśmiała, skromna, cichutka, grzeczna i potulna. Konformistka do bólu, przekonana że „starsi zawsze wiedzą lepiej” a przy tym miła dziewczyna a nie jakaś socjopatka chowająca się po szafach. Z takim zestawem cech idealnie nadawała się na hiszpański dwór –  niemiłosiernie wysztywniony i smętny. Najpierw usiłowano ją wydać za infanta (nota bene furiata) ale koniec końców została żoną jego tatusia, króla Filipa II . Filip tak ją polubił że aż odstawił kochanki, rozluźnił etykietę i może nawet czasami się uśmiechnął. Niestety, jak to Habsburg, miał niemiłosierne parcie na dziedzica. Po 4 latach wypełnionych porodami (2 córki ) i poronieniami (2 bliźniacze córki i syn) Ela nie zdzierżyła i wyzionęła ducha. Jej matka błyskawicznie i ultrataktowie zaproponowała Filipowi kolejną córkę, Małgorzatę. Na swoje szczęście odmówił.


Karol (1550 – 1547). Też król, od 10 roku życia. Słaby, chorowity i fatalnie zdominowany przez mamusię która rządziła za niego. Jako jedyny z braci spłodził syna, jednego i niestety nieślubnego. Najlepiej wychodziło mu polowanie o którym napisał nawet całkiem dobrą (podobno) książkę „Le Chasse Royale”. Po masakrze nocy sw. Bartłomieja kompletnie sfiksował a jakiś czas później zmarł wykończony przez histerię i galopujące suchoty.


Henryk (1551 – 1589) mój osobisty faworyt. Naprawdę miał na imię Aleksander. Król Francji i przez chwilę także Polski, biseksualista a przy tym radosny fetyszysta. Lubił przebieranki w damskie ciuszki, nosił po kilka kolczyków w jednym uchu, obwieszał się drogimi kamieniami i posypywał brokatem, czym spowodował solidny szok kulturowy u Panów Szlachty. On z kolei zszokował się w Polsce wszechobecnymi wychodkami (w Luwrze srało się do kominków), nowoczesnymi łaźniami i widelcami (tak, tak to od nas widelec trafił na zachód). Ulubieniec mamusi, w przeciwieństwie do braci przystojny, zdrowy i tryskający energią. Od polowań wolał szermierkę, sztukę i czytanie książek. A na dodatek jako jedyny nie dał sobą sterować Katarzynie. W wieku lat 9 ciu uznał że ma w dupie Papieża i że będzie protestantem. Odmówił chodzenia na mszę, wrzucił godzinki małej Margot do kominka a nawet utłukł nos figurze świętego Pawła zanim matka stanowczo wyperswadowała mu herezję. Jako król starał się jak mógł ale sprawa była już dawno przegrana. Dorobił się tylko biedaczek hemoroidów stercząc nad papierzyskami. Dziedzica nie sprokurował, ale przynajmniej wyznaczył dobrego następcę. Zmarł od zatrucia żelazem, czyli od rany kłutej zadanej przez zamachowca. 


Franciszek Młodszy (1555- 1585). Temu to dopiero nie szło. Nie został królem, jego zabawa w wodza zakończyła się pogromem a notoryczne spiskowanie przeciw braciom – figą z makiem.  W nadziei na jakikolwiek tron ruszył w konkury do menopauzalnej Elżbiety I. Owszem, poszło mu nieźle bo odbył się gorący romans – Ela nazywała go „swoją żabką”, pisała o nim ładne wiersze i rumieniła się jak pensjonarka (choć był raczej rozmemłany z wyglądu a na dodatek dziobaty) – ale tronem podzielić się nie raczyła. Wkurzony i niespełniony Franciszek zmarł wreszcie na malarię, czy coś w tym guście. 



Małgorzata  (1553 – 1615). Czyli osławiona Margot. Ładna dziewczynka, niestety potem geny mamusi dały o sobie znać i zrobił się z niej kaszalot pełną gębą. Zafundowano jej ślub z niechcianym Henrykiem Nawarskim a 6 dni potem masakrę przybyłych na tę okazję Hugenotów. Sweeet. Podobno nimfomanka i podobno bardzo inteligentna. Pisała bardzo skandaliczne pamiętniki oraz  wiersze, w przerwach między sypianiem z kolejnymi kochankami. Miała słabość do szałowych kiecek, dziś pewnie opisałoby ją jako trendsetterkę albo coś takiego. Szła pod prąd skutkiem czego pokłóciła się z rodziną (Henryk III zamknął ją nawet w areszcie domowym na kilkanaście lat) oraz poddanymi. Po 27 latach udało się jej uzyskać  unieważnienie małżeństwa. Własnych dzieci nie miała więc na starość zajęła się wychowywaniem potomstwa byłego męża i jego nowej żony, tępawej Marii Medycejskiej.