Można sobie marudzić że współczesne bachory taszczą do szkoły ważące tonę tornistry, że rodzice je torturują seriami zajęć pozalekcyjnych, karmią syfem z fastfudów, nie czytają bajek a w zamian każą im patrzeć jak grają z kolegami w God of War. Kiedyś jednak było o wiele gorzej i nawet wysoki status społeczny nie chronił przed dzieciństwem które dziś w try miga uznanoby za patologiczne. Można nawet zaryzykować tezę że bachorki arystokracji miały o wiele bardziej przerypane niż np. mieszczaństwa. I to z kilku powodów. Po pierwsze: ciuchy (kiedyś opowiem o tym obszerniej, obiecuję) – sztywne, niewygodne i wręcz nieludzkie stroidła, miniatury tych „dorosłych” z gorsetami, krezami i całym arsenałem środków uniemożliwiających swobodne bieganie, czy nawet odrobinę łobuzowania. Wbijano w nie małe książątka i hrabinki kiedy tylko nauczyły się jako tako chodzic. Po drugie: małżeństwa. Dziecko szlacheckie było przede wszystkim potencjalną żoną lub mężem, mającym/ą zawrzeć korzystny dla rodu związek. To był najwyższy cel jego klajniaczej egzystencji. Rodzice bardzo rzadko brali udział w wychowaniu swoich dzieci i ograniczali się do wydawania rozkazów oraz decydowaniu o ich przyszłości. Przytulanki raczej nie wchodziły w grę i to nie tylko z uwagi na monstrualne odzienie. Po trzecie: lekarze. Właśnie tak. Można odnieść wrażenie że kiedyś lekarze zajmowali się głównie wykańczaniem pacjentów. Ich ulubionymi sposobami „na wszystko” było podawanie środków wymiotnych albo przeczyszczających i puszczanie krwi. Dzieci królów i biedoty chorowały po równo, ale tylko te pierwsze dobijano „staranną opieką lekarską” (dość przypomnieć historię przyszłego Ludwika XV który przetrwał choróbsko które zabiło jego braci i rodziców tylko dla tego że jego opiekunka zabarykadowała się z nim w komnacie, chroniąc się przed dworskimi lekarzami). Niższe warstwy rzadko było stać na medyka więc albo obchodziły się bez niego, albo na swoje szczęście trafiały do znających się na ziołach znachorek.
No ale czas najwyższy wrócić do Eleonory (1598 – 1655), która w kwestii dzieciństwa miała wybitnego farta. Była zdrowym, silnym dzieckiem bez żadnych deformacji i oszpeceń. To już duże fory biorąc pod uwagę kondycję ówczesnej arystokracji uwielbiającej hajtać się z własnymi siostrzenicami tudzież wujami. Była najmłodszym dzieckiem księcia Mantui i jego żony Eleonory Medycejskiej, i jako najmłodsza miała największy luz. Gromada starszego rodzeństwa wydawała się gwarantować przetrwanie RODU, książę mógł rozluźnić zadek w kwestii zamążpójścia Elusi. Mantua była wówczas wielkim centrum kulturalnym więc mała księżniczka wyrastała w bardzo sprzyjającej atmosferze. Dość wspomiec że ten pierwszy portret w czerwonej kiecuchnie jest podobno autorstwa Rubensa („przytulonego” przez mantuański dwór) a ten drugi (z niemiłosierną krezą a właściwie kołnierzem tzw. medycejskim o ile się nie mylę) - Fransa Porbusa II. Trzeba przyznać że z wydaniem Eleonory za maż wcale się nie spieszono. Przed ołtarzem stanęła dopiero w ocierającym się o staropanieństwo wieku lat 24. Ale za to z jaką partią! Najmłodsza córka mantuańskiego księcia zaliczyła gwałtowny upgrade i została cesarzową. Niezły interes jak na ostatnią w kolejce latorośl. Co prawda pan młody był „z odzysku”, o dwie dekady od niej starszy a co gorsza był Habsburgiem, ale za to rządził Czechami, Węgrami oraz świętym Cesarstwem Niemieckim. Plus miał już kilkoro dzieci z poprzedniego małżeństwa, w tym dwójkę synów, więc habsburskie zabójcze dla kobit „parcie na dziedzica” zostało Eleonorze oszczędzone. I tak zamiast rodzic własne (zmarła bezdzietnie) młoda cesarzowa matkowała cudzym, acz mężowym więc teoretycznie też swoim. Nie oszczędziła jej za to druga obsesja Habsburgów – obsesja gromadzenia terytoriów. Z czasem okazało się że zamiast wpływów i ogólnego dobrodziejstwa „cesarskie małżeństwo” przyniosło księstwu Mantui (TADADADA!) zagładę. Jak? Ano tak: zmarł tatuś Eleonory a po nim w przeciągu 15 lat wszystkich jej 3 braci, którzy po kolei zasiadali na tronie i po kolei opuszczali ten łez padół bez spłodzenia męskiego potomka. Z tegoż powodu w 1630 tron opustoszał i zaczęła się rozróba, bo każdy kto miał nawet cień pretensji do niego ruszył do boju. Najbardziej skuteczny okazał się oczywiście Habsburg, czyli osobisty mąż Eleonory. Przez małżeństwo z księżniczką zyskał, mgliste ale zawsze, prawa do księstwa. Oczywiście, jak to Habsburg, ani myślał się opindalac i bawić w negocjacje tylko wysłał do Mantui armię, obległ miasto, spokojnie poczekał kilka miesięcy aż mieszkańców zdziesiątkuje szalejąca wówczas za murami zaraza po czym zdobył je, spalił, złupił oraz rozdyźdał w tę i nazad. A biedna Ela musiała się pogodzić z tym że jej ojczyznę szlag trafił pośrednio z jej powodu. Nie dziwota że po takim mega FAILu poświęciła się dobroczynności i religii. Ufundowała kilka klasztorów i zamiast gadac z tym bucem Habsburgiem wolała leżec krzyżem w pałacowej kaplicy. Na szczęście małżonek był uprzejmy umrzeć w 1637 więc Eleonora przez prawie dwie dekady mogła żyć sobie swobodnie, jako wdówka.
Na koniec kilka słów o portretach. Uwierzcie lub nie, ale Eleonora była powszechnie uznawana za wyjątkową piękność. O ile trudno to zrozumieć patrząc na portret dołączony do dwóch z czasu dzieciństwa (bo widać na nim głównie ogromniastą krezę) czy dwa portrety pełno postaciowe (bo widać na nich głównie majestat sukni oraz pieski) to przy najniższym obrazku sprawa robi się w miarę jasna. Przynajmniej dla mnie. Trzeba pamiętać że w tamtych czasach kryteria piękności był skrajnie odmienne od dzisiejszych. W świecie pełnym księżniczek dziobatych po ospie, szczerbatych, kulawych, albo przynajmniej wyposażonych w charakterystyczne żuchwidło odziedziczone po jakimś krewnym Habsburgu, nauczono się doceniać szczegóły. I to każdy z osobna. Na przykład jeśli dama miała krągłe ramiona o białej skórze to za nie ją wychwalano i wielbiono, przymykając oczy na krótkie nóżki tudzież braki w uzębieniu. Eleonora, co widać na moim ulubionym portrecie obok, miała piękną porcelanową cerę, duże błyszczące oczy i zmysłowe usta. Na dodatek nie była ułomkiem a w tamtych czasach, szczególnie w Italii, ceniono kobity co to mają czym odetchnąć i wyglądają na dobrze odżywione. Na wszystkich dorosłych portretach nasza Eleonora zakuta jest w najszykowniejsze suknie w stylu hiszpańskim, podkreślające majestat i zasłaniające niemal wszystko inne. Zwierzę się, że mnie zawsze kojarzyły się z pancerzami owadów, szczególnie te z początku wieku XVII ze sztywną baskiną. 

Czytam, chichoczę, uwielbiam. Poproszę uprzejmie o regularne pisanie i nie ustawanie aż po grób, dobrze?
OdpowiedzUsuńdzieki:)) postaram się, zapewne z Twoją pomocą w którymś momencie;)
OdpowiedzUsuń