sobota, 1 czerwca 2013



Ukochany spaniel, wredny mąż i anoreksja


Henrietka, czyli słodkie dziecię z perspektywami
 Henrietta była ślicznym dzieciątkiem. A potem śliczną panieneczką. I nawet to, że wszyscy nazywali ją pieszczotliwie „Minette” (sic!) nie ujmowało jej uroku. Tańcowała po francuskim dworze niczym elfia księżniczka, roześmiana, bystra i wesolutka. Uwielbiała bale, ploteczki, ogrodnictwo, dworskie ceremoniały, niewinne flirciki i swojego spaniela o imieniu Mimi, z którym nie rozstawała się nawet podczas tańca (i to baletowego! Biedna Mimi musiała być solidnie wytrząchana), a tym bardziej podczas pozowania do portretów. Kiedy nie pląsała zajmowała się kolekcjonowaniem obrazów i korespondencją z najznamienitszymi literatami epoki. Po prostu idealna księżniczka, cudeńko, aż zęby bolą. Wszyscy ją uwielbiali, a na czele fan klubu stał nie kto inny jak uroczy kuzynek Ludwik XIV. 


 

Owszem, start miała nieszczególny – gdy przyszła na świat (1644) w jej rodzinnej Anglii trwała wojna domowa. Oliver Cromwell toczył pianę z ust nawołując do mordobicia i dekapitacji, a szanowny tatuś delikwentki, wyjątkowo nieudolny Karol I, był na najlepszej drodze do zostanie jedynym brytyjskim monarchą który dał się obalić i ukatrupić. Trzy lata później zrobiło się na tyle nieciekawie, że Henriettę postanowiono przeszmuglować do Francji. I słusznie, bo nie minęły kolejne dwa lata jak Karola skrócono o jakieś 30 centymetrów, co oglądający trupa Cromwell skomentował: „Było to dobrze zbudowane ciało, które mogło długo żyć....”. Szczyt nietaktu, nieprawdaż? Na szczęście Henrietta była za mała żeby pamiętać tatusia, a tym bardziej długo się smucić. Rosła sobie wesolutko na francuskim dworze, za towarzyszy zabaw mając pięć lat starszego Ludwika XIV i jego brata Filipa zwanego Monsieur. Którzy traktowali ją jak małą siostrzyczkę, albo śliczną laleczkę – zależy z której strony się patrzy. Później, gdy towarzystwo nieco podrosło, Ludwika i Minette połączył nawet drobny romansik, niestety nie owocujący małżeństwem gdyż albowiem a) Minetka była wówczas mało obiecującą partią (księżniczka królestwa ogarniętego wojną domową, córka króla bez głowy, śliczności bez posagu i znaczenia politycznego itd. Itp.)  oraz b) Ludwik miał już wówczas żonę, bardzo należytą, bo nie dość że infantkę to jeszcze własną bratanicę i na dodatek w pierwszej ciąży.
            

Spaniel po raz pierwszy

po raz drugi
    Dopiero kiedy Karolowi II udało się pogonić Cromwella i posadzić zadek na brytyjskim tronie notowania Minette poszybowały w górę. Niestety, Ludwik był już nieosiągalny (infantka ani myślała umierać w połogu) więc w konkury polecono ruszyć jego jedynemu bratu, Filipowi Orleańskiemu zwanemu Monsieur. Sęk w tym, że Monsieur nie gustował w płci pięknej. O nie, nie był po prostu gejem. Był przegiętą, wysztafirowaną, zbabiałą ciotencją która z perwersyjną przyjemnością dała sobą pomiatać kolejnym kochankom. Saint Simon opisuje go jako brzuchatego karypla na wysokich jak szczudła obcasach (tak, szanowni państwo, wysokie na 10 cm obcasy zaczęły karierę jako element mody męskiej i dopiero potem przeszły na panie), zawsze odstawionego jak cieć na święto lasu. Ledwo było go widać spod tych wszystkich pierścieni, wstążek, bransolet i gigantycznej peruki. Może to i lepiej. Był uroczy, ale pusty jak Auchan w Boże Ciało. Z rozrywek intelektualnych preferował ploteczki oraz napuszczanie na siebie dam dworu. Z rozrywek fizycznych – wiadomo.
              

i po raz trzeci
Monsieur oficjalny
  Ktokolwiek liczył na to, że ślub z śliczniusią, rozkoszną, bystrą i uroczą Minetką skieruje Monsieur na dobrą drogę i wyrwie go z objęć chciwych jak przysłowiowa baba z Radomia faworytów, tego czekało rozczarowanie. Owszem, przez pierwszych kilka tygodni po ślubie Monsieur wydawał się być głęboko zakochany – otwarcie adorował żonę, zasypywał podarunkami a nawet intensywnie z nią sypiał. Ale potem mu przeszło. Z „wielkiej miłości” został tylko brudny osad – chora zazdrość którą Monsieur torturował Minetkę do końca życia. Nie ma nic gorszego niż facet w typie psa ogrodnika. Sam wolał pukać chłopców (chociaż pukał i żonę, co najmniej osiem razy w ciągu dziewięciu lat małżeństwa, choć przeżyły tylko dwie córki) ale z Henrietty chciał zrobić westalkę. Skończyło się na szczerej wzajemnej nienawiści i regularnych (publicznych, jak wszystko na wersalskim dworze) awanturach, podkurwianiach oraz mobbingu. I tak, Monsieur bezczelnie woził się z kawalerem de Lorraine, niemal robiąc mu dobrze na oczach całego dworu i zdissowanej żony, a ta w odwecie dawała się podrywać… byłemu kochankowi Filipa, księciu de Guise.

wyjątkowo bez spaniela. nie zmieścił się.

Monsieur jako lala, bardziej true to life
        To była nierówna walka. Monsieur był starym podjudzaczem, a Minetka wrażliwym dziewczęciem. Jego rajcowały przepychanki, ją balet. On preferował wyuzdane dymanka, ona – romantyczne zaloty i subtelne gry miłosne. Ale przede wszystkim – on był facetem. Mógł więc decydować o losie żony i zrobić z jej życia piekło w którym kawaler de Lorraine byłby naczelnym biesem szturchającym widłami chudy zadeczek siostry angielskiego króla. Chudy, ponieważ zmiętolona przez męża Minetka wyhodowała sobie anorexię nervosę. A potem, biedaczka zaczęła się sypać. Wreszcie, po niemal dekadzie małżeńskiej wojny, zmarła niespodziewanie i mocno gwałtownie, prowokując plotki o truciźnie i tym podobnych. Minetka wreszcie miała święty spokój, a Monsieur wydano za Elę Wittelsbach, herodbabę z miedzianym czółkiem, która w prywatnej korespondencji nazywała go per „gównem” (nie tylko jego – dostawało się całemu dworowi), obżerała się sauerkrautem i miała w nosie kto i w jakim zakresie smera jej męża. Awanturowanie się z nią było o wiele mniej wdzięczną rozrywką niż przysrywanie biednej Henriettcie. Ela bowiem była od swojej poprzedniczki o wiele bardziej odporna, zrównoważona, wesoła i uparta. Czasy zwiewnych tańców, tulenia spanieli i łkania w haftowane poduszki minęły bezpowrotnie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz