środa, 25 kwietnia 2012

Posłuszny i płodny wnusio



W ten sposób dotarliśmy do Burbonów. Gdyż albowiem, na człowieku-żuchwie wygasła linia i nastąpił wakat. I to wysoce ponętny wakat, pomimo tego, że Hiszpania przypominała płonący burdel, albo pierdzące miazmatami bagno (zależy jaką się przyjmie metodę metaforyzacji). Była wydojona, rozchwiana, podzielona jak ciało popularnego świętego, makabrycznie zbiurokratyzowana, plus praktycznie pozbawiona armii. Ale była HISZPANIĄ. Kandydatów zgłosiło się sporo, ale wygrał przyszły Filip V. Burbon, książę Andegawenii. Wnuk Ludwika XIV i hiszpańskiej infanty. Oczywiście całą akcję przeprowadził dziadek – Filip miał 17 lat, nie mówił ani słowa po hiszpańsku i jak 99,9% innych dworzan nie zwykł był kwestionować poczynań Króla – Słońce. Grzecznie pojechał do smętnej Hiszpanii, zrzekając się jakichkolwiek praw do francuskiego tronu. Taki one way ticket z przytupem. Nic dziwnego że do śmierci męczyły go ataki melancholii. Oraz hipochondrii, bo czymś trzeba tę melancholię karmić („ach! W Wersalu nigdy nie strzykało mi w kolanie. to już koniec, aaaa itp.”).  Saint Simon pisał o nim:

Filip V - grzeczny wnusio
„Filip V nie przyszedł na świat obdarzony jakimś wyższym intelektem ani tym, co zwać się zwykło wyobraźnią. Chłodny, milczący, smutny, wstrzemięźliwy, nie miał pociągu do żadnych przyjemności prócz polowania; bał się towarzystwa, bał się samego siebie (…) posiadał przy tym we wszystkim rozsądek i jasny sąd”. Był też dewotem, ale w Eskurialu chyba się inaczej nie dało. Pałac zbudowany na planie rusztu, atrybutu św. Wawrzyńca (zwanym w niektórych kręgach „świętym z grilla”) z ogromną bazyliką na samym środku. Co prawda Filip chyba nie skorzystał z komnaty sypialnej swoich Habsburskich poprzedników i nie kimał w pokoju z oknem wychodzącym na ołtarz główny bazyliki. Ale pewne mentalne miazmaty i tak go dosięgły. Wyhodował sobie upodobanie do osobistego bywania na auto-da-fe – wisienki na torcie każdego procesu inkwizycyjnego składającej się z publicznego przyjęcia albo odrzucenia (jedynej słusznej) Wiary oraz wykonania wyroków. Czyli: uniewinnienia, usmażenia, albo usmażenia pośmiertnego. Owszem, było to widowiskowe, wysoce zrytualizowane i barwne, niemal teatralne wydarzenie. Ale jednak smażenie. A rozdziamdziany Filip V uważał je za „budującą ceremonię religijną”. Cóż, jego drugie imię brzmiało Konformizm. Filip był pantoflem każdego autorytetu jaki się nawinął: dziadka, kościoła,  obydwu żon, ich przyjaciółek (agentów nowej żony dziadka btw)… 

Sprawa żon zaś, oraz infanciątek, wyglądała następująco:


Żona nr 1, Maria Ludwika Sabaudzka (1688 – 1714) była wnuczką brata Ludwika XIV. Czyli państwo młodzi mieli tylko wspólnych pradziadków. Nie tak źle, biorąc pod uwagę że Burbonowie żenili się w najbliższej rodzinie, tak jak Habsburgowie. Co prawda Ludwik XIV miał zdrowy odruch płodzenia z niespokrewnionymi metresami stad bękartów, ale potem tak intensywnie je legitymizował i promował, że żenił ich dzieci z własnymi wnukami (i wnuczkami) z prawego łoża. Uroczo. Niby pula genetyczna trochę się poszerzyła ale i tak było krucho ze średnią wieku. Maria Ludwika rządziła Filipem a Marią Ludwiką rządziła madame d Ursins, którą z kolei sterowała pani Maintenon, potajemna żona Ludwika XIV. Zanim królowa sczezła nie doczekawszy trzydziestki, urodziła czwórkę dzieci:


Ludwik który srogo zawiódł
Ludwik I (1707 – 1724), ów uroczy chłopczyna w srebrnym wdzianku i żabocie z portretu, zrobił swojej rodzinie paskudnego psikusa. A mianowicie: zapowiadał się zdrowo i obiecująco, dał się ożenić (z krewną, a jakże, którą to małżeństwo zniszczyło kompletnie – radzę poczytać) i ukoronować, a zaraz potem niespodziewanie zszedł na ospę. Najwyraźniej cała Hiszpania modliła się gorąco, żeby nie mieć króla o dynastycznym imieniu władców Francji. Modlitwa została wysłuchana połowicznie (sic!). To znaczy Ludwik sczezł, ale po tym jak już został królem. Jego tatuś miał bowiem szczwany plan i na początku 1724 roku abdykował na rzecz syna. Robił sobie bowiem całkiem uzasadnione nadzieje na powrót do Francji, na tron. Tyle że według świeżych praw nie można było trzymać obu koron. Sadzając Luwika na tronie stawał się legalnym pretendentem, gdyby chorowitemu bachorkowi jakim był  wówczas król Ludwik XV, zdarzyło się powiększyć grono aniołków. Po tragicznej, acz nietaktownej, śmierci Ludwika, z braku pełnoletniego następcy, jeszcze mocniej zdołowany Filip V wrócił na tron hiszpański.

Filip Ludwik pożył raptem tydzień (kilka lipcowych dni w 1709), więc nic nie zdążył zdziałać. 

Lepiej poradził sobie Filip Piotr, który dociągnął do 7 i pół roku (1712 – 1719).

Ferdynand VI Melancholijny

Cudowna brzydka żona
Ferdynand VI (1713 - 1759) odziedziczył po tatusiu skłonność do melancholii. Wrażliwy, nieśmiały i inteligentny, kształcił się zajadle oraz odurzał się Sztuką. Szczególnie muzyką – był mecenasem min. Farinellego. Druga żona Karola V, zwana dalej macochą, nienawidziła go ponoć z całego serca, bo zajmował w kolejce do tronu wyższe miejsce niż jej synowie. Może to jej okrutnym pomysłem było wydanie wielbiącego piękno Ferdynanda za koszmarnie brzydką księżniczkę portugalską. Biedak, podobno gdy ujrzał wybrankę po raz pierwszy, przeżył taki szok estetyczny, że się zatoczył się i omal nie zemdlał. Brzydactwo okazało się jednak mądre, wykształcone i czarujące, a na dodatek miało słuch. Ferdynand zaś okazał się typem faceta który leci na osobowość. Pomimo ogólnej mazgajowatości i własnego przekonania, że na rządzenie jest za słaby, za mało kompetentny itp. itd. okazał się całkiem sprawnym monarchą. Hiszpania mogłaby na nim sporo ugrac gdyby nie śmierc królowej. Ferdynand bowiem był niezwykle mocno przywiązany do żony, która była jego najlepszą przyjaciółką i którą kochał mimo tego że była brzydka, astmatyczna, tłusta i (o zgrozo!) nie dała mu dzieci. Po jej śmierci depresja zjadła go w przeciągu roku. Przestał się przebierać i myc. Najpierw jeszcze snuł się po pałacowym parku w brudnych gaciach, bez peruki i zarośnięty jak nieboskie stworzenie. Potem jednak snuć się przestał i zaległ w łóżku. Aż wreszcie przestał też jeść.



Filip V i cwana Ela
żona numer 2, Elżbieta Farnese (1692 – 1766) na szczęście nie była kuzynką ani siostrzenicą Filipa V. Urodziła więc siódemkę całkiem długowiecznych dzieci. A że włoskie księżniczki zawsze lubiły parać się polityką, kompletnie zdominowała męża i politykę hiszpańską. Oczywiście była cena do zapłacenia. I tu znowu Saint Simon, nasz nieoceniony:

Filip V „ (…) lubił pochlebstwa, gdyż królowa chwaliła go bezustannie, nawet jego twarz, i podczas jednej z audiencji (…) zapytała mnie, czy nie uważam, że jest on piękny, najpiękniejszy ze wszystkich ludzi jakich znałem.”

Proszę spojrzeć na portrety. Kobieta miała żelazne czółko. Na dodatek spędzała z mężem 23 i pół godziny na dobę. Do końca życia:

„Królowa miała dla siebie tylko i wyłącznie chwilę nakładania trzewików po wyjściu z łoża.”

Albo: „król i królowa mieli zawsze jeden wspólny apartament i jedno łoże (…) Gorączka, choroby jakie mogli mieć oboje, poród wreszcie, nigdy nie zdołały ich na jeden dzień rozdzielić.” 

Ciężka praca. Według opisu Saint Simona królowa była ogólnie w miarę wyględna, choć zmasakrowana bliznami po ospie (czego oczywiście nie uświadczycie na portretach). Ale po kilku słowach okazywało się że ma „to coś” czyli „wdzięk czarujący, stały, naturalny, bez najmniejszej pozy” i ogólny seksapil. Nic dziwnego że Karol was a puppet on a string. W ramach nagrody od losu za wytrwałość i poświęcenie, ambitna Elżbieta doczekała się własnego syna na tronie Hiszpanii. 

Karolek co nie lubił wojować
Karol III (1716 – 1788) był, co doskonale widac na ostatnim po prawej portrecie, był pogodnym poczciwiną. Nie lubił knuc, przepychac się łokciami, ani wojowac. Polowanie – owszem, ale wojna tylko w ostatecznej ostateczności. Zabawne, że został namalowany w zbroi, która pasuje do jego pociesznej fizjonomii (Habsburgowie mieli żuchwidło a Burbonowie – nochal) jak burka do Amandy Lepore. Chociaż nie, złe porównanie, burka dobrze zrobiłaby Amandzie. A więc jak koronkowe stringi z Koniakowa papieżowi. Co innego te spektakularne szustokory z jego dziecięcych portretów. Peruka i hafty powalają; są sto razy bardziej majestatyczne od żelastwa. Anyways. Karol szalenie kochał matkę, choc trochę się jej bał. Był posłusznym synem i grzecznie pozwalał się wpychac na dynastyczną drabinę, by zaspokoić ambicje Elżbiety. Za jej sprawą został w wieku lat 17 królem Neapolu i Sycylii, co wówczas wydawało się posadą dożywotnią, ale okazało się tylko wstępem do kariery władcy Hiszpanii. Karol został nim za sprawą przyrodniego brata, Ferdynanda, który był łaskaw zapłakac się po umiłowanej małżonce. Panowanie zaczął od tego że pochował 35 letnią żonę której suchotnicze płucka nie podźwignęły się po upierdliwej podróży do nowego królestwa. Poczciwy wdowiec miał już następcę i kilkoro dzieci na liście rezerwowych, więc zdrowo się zasmucił, ale nie zwariował. Był na to zbyt wesołego usposobienia. Starał się jak mógł zreformowac burdel na kółkach jakim była Hiszpania i nawet mu to wychodziło. A na dodatek jak ognia unikał wojen, ku znaczącej uldze wychędożonego w tę i w nazad plebsu.

Franciszek (marzec – kwiecień 1717. I wszystko jasne)

Marianna "dziękujemy już mamy"
Właściwie od początku było wiadomo,  że Marianna Wiktoria (1718 - 1781) wyjdzie za mąż za swojego krewnego, Ludwika XV. Kiedy miała 3 lata, wywieziono ją do Paryża, na dwór 11 letniego narzeczonego, celem podchowania i wytresowania na królową francuską. Była ponoć słodkim dziecięciem więc polubili ją tam wszyscy… oprócz Ludwika XV, który omijał Mariannę szerokim łukiem, a gdy tylko rozpoczął (4 lata później) osobiste rządy, błyskawicznie zerwał zaręczyny i odesłał dziewczynkę do Hiszpanii. Miło co? „Dziękujemy, już mamy”, taki dworski ekwiwalent przerzucenia przez ogrodzenie schroniska pieska, który się znudził dzieciom i pogryzł jedwabny szal mamusi. Marianna wróciła do ludzi których nie pamiętała, bez przyszłości do której ją szkolono. Po nieudanych swatach z carem Piotrem I, dziewczynę opchnięto królowi Portugalii, Józefowi I. Państwo młodzi nawet dobrze się dogadali, choć Marianna odziedziczyła po mamusi ambicję, inteligencję oraz skłonność do mieszania się w politykę. A przy tym straszliwie wkurzały ją liczne kochanki męża. Urodziła 8 dzieci z których przeżyła połowa, same córki. Na szczęście w Portugalii nie obowiązywało prawo salickie, więc jedna z nich odziedziczyła tron. Jeszcze zanim do tego doszło, mąż Marianny uznał, że on już ma dosyć, że te ostatnich kilka wylewów to już była przesada i że czas oddać komuś lejce. Wyznaczył więc regenta – Mariannę. Niedoszła królowa francuska do końca życia współrządziła Portugalią. A na osłodę została matką chrzestną pewnej nieważnej Habsburżanki, jedenastej córki tak mało branej pod uwagę jako towar matrymonialny, że nawet nie dopilnowano by nauczyła się pisać. Dziewczynka miała na imię Maria Antonina i w wyniku licznych zawirowań, jeszcze za życia Marianny zasiadła na tronie francuskim. 

 
Filip Parmeński, daleko w kolejce
Filip (1720 -  1745) , jako dalszy syn rezerwowy, został na pocieszenie księciem Parmy. A za żonę dano mu doskonałą partię – najstarszą córkę Ludwika XV i Marii Leszczyńskiej, oczywiście kuzynkę, Marię Ludwikę Elżbietę Burbon. Co prawda Maria miała aparycję spasionego eunucha odzianego w damskie suknie, ale pan młody też nie porażał pięknością (oglądanie ich portretów rodzinnych ściska serce i przełyk), a tak wysoko postawiona żona otwierała nowe, ciekawe perspektywy dynastyczne dla nowego rodu Burbon – Parma. Niestety, książę nie trawił żony. Z jak najszczerszą wzajemnością. Był jednak obowiązkowy i zrobił jej troje brzydkich, ale w miarę zdrowych dzieci. Pierwsze gdy miała ledwie 14 lat. Z księstwem poradził sobie lepiej. Reformował, oświecał itd. itp. Zmarł, zapewne z przejęcia, odwożąc do Eskurialu córkę, która miała zostać żoną infanta. 



Ruda Maria Teresa co pogodziła i padła
Maria Teresa Rafaela (1726 – 46) miała ważne zadanie. A mianowicie pogodzić Hiszpanię i Francję, obrażone na siebie od czasu gdy Ludwik XV po chamsku odesłał jej starszą siostrę do domu, zamiast się z nią ożenić. Zaręczono ją więc z Delfinem, synem niedoszłego wujka i brzydkiej jak noc listopadowa Marii Leszczyńskiej. Do Francji pojechała (na wyraźne życzenie zrażonej do Wersalu mamusi) dopiero 5 lat później. I to dopiero kiedy odbył się ślub per procura a tytuł Delfiny był zaklepany. W Wersalu Maria Teresa na wstępie dostała potężnego despektu – 15 letni delfin bowiem długo „nie mógł skonsumować małżeństwa” co generowało złośliwe plotki i czyniło ją osobą totalnie bez znaczenia, żeby nie powiedzieć niewygodną. Oprócz tego, szydzono z niej także z powodu rudych włosów (strategicznie skrywanych pod peruką na każdym portrecie). Za to pomimo niewydolności łóżkowej Maria bardzo polubiła męża, a on ją. Spędzali razem długie godziny oddając się praktykom religijnym, dyskutując i obrabiając dupę siejącego zgorszenie królowi oraz jego kochance Joasi Rybie (Jeanne Poisson) zwaną także Markizą de Pompadour. Maria Teresa była ponoć wielce nieśmiałym dziewczęciem, które od dworskich gier, balów i polityki wolała siedzieć we własnych apartamentach oddając się lekturze. Niestety, długo oczekiwany wytrysk Delfina okazał się dla niej śmiertelny – Maria zmarła trzy dni po porodzie. Jej dziecko pożyło ledwie 2 lata, co pewnie zasmuciłoby wszystkich, gdyby nie fakt że było dziewczynką. Tyle tylko że Ludwik XV musiał własnoręcznie oderwać Delfina od ciała ukochanej żony. 

 
Ludwik Antoni biskup mimo woli
Ludwik Antoni (1727 – 1785) był któryś tam w kolejce, wiadomo było że na tron się raczej nie załapie, więc na pocieszenie w wieku ośmiu lat został mianowany kawalerem orderu Złotego Runa a chwileczkę potem – arcybiskupem Toledo i prymasem Hiszpanii (oficjalny światowy rekord). Tyle tylko że Ludwik duchownym być nie zamierzał i gdy tylko mógł zrzekł się godności kościelnych zamiast księżowac zaczął księciowac. Król, obawiając się konkurencji zesłał go daleko od Madrytu, gdzie były prymas, ku jego wielkiemu zadowoleniu, popełnił małżeństwo morganatyczne (wykluczające ewentualne potomstwo z kolejki do tronu) i spędził resztę swojego życia uprawiając mecenat artystyczny (Goya) oraz plując sobie w brodę że nie udało mu się zostać królem. 

Maria co znała swoje obowiązki
Maria Antonietta (1729 – 1785) ów uroczy, majestatyczny bobas z pierwszego portretu (proszę zwrócic uwagę na równie majestatycznego i ozdobionego gołąbka na dole) może i była najmłodsza, ale i dla niej znaleziono smakowity kąsek małżeński. A dokładnie księcia Sardynii Aosty i Sabaudii,  co potem został królem. Maria traktowała bardzo poważnie swoje infancie obowiązki. Urodziła 12 dzieci, w tym trzech kolejnych królów Sardynii, wprowadziła na tamtejszy dwór monumentalną do zrzygu etykietę hiszpańską i partnerowała mężowi, który bardzo się do niej przywiązał. Podobno była nieśmiała, bardzo religijna a w obejściu zimna jak zadek Roberta Falcona Scotta na początku kwietnia 1912. 

i to by było na tyle. trochę jebutny mi ten wpis wyszedł - postaram się już tak nie rozpisywać. 


3 komentarze:

  1. Chciałam powiedzieć, że cudowna brzydka żona za młodu była śliczna! Znaczy wiem, że portret pochlebiony, ale me gusta.

    OdpowiedzUsuń
  2. Absolutnie nie ograniczaj ilości znaków, jak czytam Twoje wpisy to mam ochotę natychmiast lecieć po książki historyczne o epoce do biblioteki. Eh, gdyby tylko ktoś dał mi gwarancje, że będą napisane w takim stylu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję, aczkolwiek moja ostro dziurawa wiedza sama potrzebuje podręcznika:)

      Usuń