wtorek, 17 stycznia 2012

Słabeusze, śliczności, potwór i kolejny bękart w kryptach Eskurialu, czyli stadko Filipa IV

elżbieta burbon - żona numer jeden
W drastycznym skrócie, sytuacja rodzinna Filipa IV wyglądała nieciekawie. Monarcha zraził się do posiadania żony „na dowóz”, czyli nie z najbliższej rodziny, za sprawą Elżbiety Burbon. Ela była młoda (w chwili ślubu miała 13 lat i to dopiero od 3 dni), ładna a Filip nawet ją lubił, choć i tak notorycznie puszczał się z aktoreczkami. Sęk w tym, że z ośmiorga potomstwa które sprokurowała królewska para, tylko dwoje przeżyło dzieciństwo. Ale jedno z tej dwójki nie doczekało wieku, w którym dziś mogłoby się legalnie złoić wódą i pokazać wała rodzicom dając się wlec na Kolską. Toteż kiedy Elżbietka wyzionęła ducha tuż po czterdziestce Filip wziął sobie młodziutką, świeżutką siostrzeniczkę. Co prawda panna już od 10 go roku życia była obiecana jego synowi i jedynemu następcy, infantowi Baltazarowi, ale gdy ten sczezł  niespodziewanie w 1646 „przesadzono ją” na wujaszka. Prawie trzy dychy starszego od nieszczęsnej Marianny wujaszka. Nic dziwnego że ta podobno wesoła dziewczynka szybko przepoczwarzyła się we nadambitną, wybuchową i zimną na przemian dewotkę, notorycznie mobbingującą swoje synowe. Nie wiem jak sprawy wyglądały ze strony wujka/męża/niedoszłego teścia. Pewnie aż do ślubu nie wiedział jakiego kaszalota naraiła mu rodzona siostrzyczka/teściowa – Marianna jeżeli posiadała urok to nieuchwytny dla oka malarzy. Jej portrety (świetne zresztą, szczególnie ten środkowy, w tej powalającej sukni z jebutnym fortugałem) są bezlitosne. Zgarbiona, nadęta, ostro  naburmuszona dziewczyna której wyraz twarzy mógłby mieć motto „i fart in your general direction”. Ale głupia nie była, o nie. Tylko kompletnie zblazowana i wredna. Co gorsza, na polu produkcji potomstwa spisała się niewiele lepiej od swojej poprzedniczki. Urodziła pięcioro dzieci, ale dorosłości dożyła dwójka – śliczna dziewczynka z portretów Velazqueza i makabryczny Karol II. Jak na ironię tylko niedorozwinięty i schorowany syn przetrwał na tyle długo żeby zasiąść na tronie… i zakończyć dynastię raz na zawszę. Przyjrzyjmy się więc bliżej tej feralnej progeniturze. 




Dzieci Elżbiety Francuskiej:
 

Pierwsze cztery córki (urodzone w latach 1621 – 1627) wypisywały się z interesu zanim wyszły z powijaków. I kiedy wydawało się już że dupa zbita a dynastię szlag trafi, urodził się syn, Baltazar Karol (1629 – 1646). Cały dwór oszalał z radości, bo nie dość że chłopak, to jeszcze zdrowy, silny i śliczny jak marzenie. Wniebowzięty tatuś kazał go portretować co pięć minut, i to samemu Velazquezowi, dzięki czemu mały chłopczyk z obrazów po prostu rozwala nadgarstki, przynajmniej mnie. Jak widać na załączonym obrazku najchętniej pokazywano go w pozach i okolicznościach „majestatyczno - sportowych” – z szablą, na koniu, na łonie natury, podczas polowania… Od razu miało być jasne że to doskonały materiał na wojownika, króla i przyszłego ojca królów. Filip był tak szczęśliwy, że nawet nie gniewał się na żonę kiedy urodziła mu kolejne dwie córki (z czego jedna od razu zmarła), po czym bezczelnie sczezła. Niestety, 16 letni Baltazar spłatał wszystkim psikusa: pewnego dnia złapał ospę (tę prawdziwa, czarną, hardkorową), pokrył się spektakularną wysypką, dostał gorączki i padł trupem. W ten sposób Filipowi IV ostała się tylko jedna córka – infanta Maria Teresa (1638 – 1683). 


baltasar carlos w pozach heroiczno - sportowych

         Maria Teresa –  jako najatrakcyjniejszy kąsek na europejskim rynku matrymonialnym – była od kołyski tresowana bez zmiłowania. Miała być miła, cnotliwa, posłuszna i lojalna, oczywiście nie wobec potencjalnego mężusia, tylko wobec interesów papy. Po długich bojach i negocjacjach sprzedano ją… uwaga uwaga… tadadam!... bratu ciotecznemu, Ludwikowi XIV. Trafiła więc pod skrzydła osobistej cioci/teściowej, Anny Austryjaczki, która do końca życia głaskała ją po główce, jednocześnie kontynuując tresurę zapoczątkowaną w Eskurialu. Fajny jest ten kontrast między jej portretami jeszcze z Hiszpanii i późniejszymi, francuskimi. Hiszpańskie są Velazqueza, więc są genialne. Wyglądająca z nich dziewczynka żyje, oddycha, ma charakter i nastrój oraz skillsy potrzebne do bycia królową. Te francuskie są straszne. Maria wygląda jakby połknęła kij, albo jakby ją wypatroszono i wypchano. Kiecka w królewskie lilie jest ważniejsza od niej. W Paryżu ewidentnie odpuszczono sobie dobre malarstwo na rzecz dworskich intryg, wypasionych kiecek, seksu, snucia się po ogrodach, ucztowania, chlania i przeczyszczania się lewatywami. Ale, ale…


maria teresa hiszpańska - potulna żona rozpłodowa Ludwika XIV

Marii, wychowanej w czymś co przypominało wyprany z dowcipu dom rodziny Addamsów, od początku nie podobał się nowy dwór. Nie nadążała biedaczka. Luwr (Wersal zaczęto budować dopiero 8 lat po jej ślubie) to były, w porównaniu do Eskurialu, totalne bachanalia. Ruja i poróbstwo, hazard i intrygi, dziwki wino i pianino po prostu, tyle że wszystko za fasadą skomplikowanej etykiety. W roli Bachusa występował oczywiście sam Ludwik, odbierając hołdy i puszczając się na prawo i lewo. Maria, ze swoją habsburską żuchwą i potulnym usposobieniem, nie nadawała się zbytnio na menadę.  Była tak zszokowana, że podobno do końca życia nie nauczyła się mówić po francusku. Zgodnie z zasadami które jej wpojono mogła co najwyżej pouprzykrzać życie kolejnym kochankom mężusia (ale tylko zgodnie z etykietą, nothing fancy), albo rzucić Ludwikowi jedną czy dwie złośliwości przy świadkach. Nie ma to jak cywilizowana zemsta, co? Urodziła więc grzecznie sześcioro dzieci, w tym całkiem długowiecznego następcę tronu, który jako jedyny ją przeżył. Zdołowana zgonami kolejnych dzieci i ludwikowym radosnym płodzeniem na prawo i lewo bękartów, Maria postanowiła udać że „jej tu nie ma”.  skonstruowała sobie własny dwór, coś jakby Eskurial w pigułce, i starała się ignorować fakt że los ją skazał na Francję. W końcu zajęła się prawie wyłącznie zabawą z psami i karłami (i tych i tych miała na pęczki, taka ciekawa forma zbieractwa), modlitwami oraz wtranżalaniem czekolady. Kiedy zmarła, szczerze zdziwiony Ludwik oznajmił, że jest to pierwsza przykrość jaką żona mu kiedykolwiek sprawiła. Trochę kłamał, ale i tak walnął niezłe epitafium dla tej stłamszonej, bezradnej, dobrej w gruncie rzeczy kobiecinie. 

Dzieci Marianny Austryjackiej:

marianna austyjacka is not amused
filip prosper i jego fenomenalna psina
            Jak już nadmieniłam, z drugiej żony Filip uzyskał raptem czwórkę dzieci. Tyle że połowa (dziewczynka i chłopak) błyskawicznie zmarła. Na pocieszenie ostała mu się Małgorzata Teresa (1651 – 1673) oraz infant Karol (1661 – 1700).  O dziwo to Małgorzatka, choć dziewczyna, była dozgonnym NUMERO UNO królewskiego tatusia. Filip hołubił nią z iście niehabsburską czułością, nazywał „swoją radością” nawet w oficjalnych listach i dopieszczał ile wlezie. Nawet biedny, śliczny  Filip Prosper ((1657 – 1661) ten z mojego ulubionego portretu z pieskiem) nie był w stanie zagrozić jej uprzywilejowanej pozycji. Może dlatego że był bardzo chorowitym dzieckiem i nikt nie łudził się że długo pociągnie. Filip chciał dla swojej córeczki „wszystkiego co najlepsze”, ergo zaręczył ją z jej własnym wujkiem i kuzynem w jednej osobie, zanim jeszcze nauczyła się dobrze chodzić. Gwoli uściślenia Leopold I Habsburg, bo o nim mowa, oprócz tego że był bratem matki Małgorzaty i synem jej ciotki, został także królem Węgier, Czech oraz Niemiec, arcyksięciem Austrii i cesarzem rzymsko – niemieckim na dokładkę. Czyli partia jak marzenie. W związku z tymi zaręczynami amatorzy sztuk pięknych powinni co roku zmawiać ładny paciorek za duszę Filipa IV. Wyżej wymieniony manewr uczuciowo – polityczny zaowocował bowiem serią portretów infantki, obstalowanych u, a jakże, Velazqueza. I tak Leopold siedział sobie we Wiedniu, czekając spokojnie aż narzeczona dojrzeje i obserwując postępy na jednych z najwspanialszych obrazów w historii. Małgorzata opuściła Hiszpanię dopiero kiedy umarł jej ojciec, ona sama skończyła lat 16, a narzeczony dobiegał trzydziestki. Leopold dokonał spektakularnego podrywu za pomocą wesela-monstrum, uzbrojonego w pokazy sztucznych ogni, opery i balet. Trafił w dziesiątkę. Małgorzata miała fioła na punkcie tańca. Od tej pory państwo cesarzowie wyżywali się wspólnie podczas balów i przedstawień, dyskutowali o teatrze, muzyce i takich tam. Nic tak nie wiążę jak wspólna fiksacja. Niestety, oprócz tańców i intelektualnego miziania się z mężusiem Małgorzata musiała zając się rodzeniem Habsburgów. Przez niecałe siedem lat małżeństwa  była w ciąży coś jakby 6 razy. Tyle, że ocalało wyłącznie jedno dziecko – dziewczynka. A Małgorzata, która do końca życia mówiła do swojego męża per „wujku” (on na nią Gretl, serio), poległa na froncie „parcia na dziedzica” w wieku lat 22. 

małgorzata od 2 do 5




małgorzata od 6 do 20
       Jeżeli ktoś miał by obstawiać, który z synów Filipa IV dożyje pełnoletniości, to nawet przez ułamek sekundy nie pomyślałby o Karolu II (1661 – 1700). A ten nie dość że wszystkich przetrzymał (włącznie z dwoma żonami!), to jeszcze prawie dobrnął do czterdziestki. Codziennie wstając z łóżka tylko po to żeby postać trochę nad grobem i postraszyć dworzan oraz służbę. Ale cóż, tak się kończy notoryczne, wielopokoleniowe dymanie własnej rodziny. W każdym razie Filip od urodzenia był chodzącym zestawem objawów, schorzeń i anomalii medycznych. Miał nienaturalnie dużą głowę, był chudziuteńki i wątły jak supermodelka po roku płynnej diety. Ciemiączko zarosło mu się dopiero gdy miał 5 lat a do 8 roku życia noszono go wszędzie na rękach, bo kiepsko mu szła nauka chodzenia (sic!). Habsburska żuchwa rozrosła się w jego przypadku do takich rozmiarów, że Filip miał poważne problemy z przeżuwaniem i zamiast mówić bełkotał niezrozumiale, zapluwając się przy tym niemiłosiernie. Zresztą ślinił się nawet bez bełkotania a o szczelnym zamknięciu paszczy mógł co najwyżej pomarzyć. Na dodatek miał wielkiego, długiego nochala, który prawie stykał się z wystającą dolną wargą. Jakby tego wszystkiego było mało Filip całe życie spędził rzygając, sikając krwią, wijąc się w konwulsjach i puchnąc w różnych nieciekawych miejscach. Zanim dobił 35tki był już łysym starcem bez zębów a w ramach ostatecznej atrakcji – ogłuchł. Nie pomagały zabiegi lekarzy, ani nawet egzorcyzmy które król ordynował sobie w przekonaniu że to nie zawężanie puli genetycznej doprowadziło go do takiego stanu, tylko czyjeś uroki. W sumie trudno się dziwić, że Karol był do tego wszystkiego, ujmując delikatnie,  niezbyt miłym człowiekiem a władzę sprawowała zamiast niego mamusia- dewotka i jej jezuicki spowiednik. Wszystko go denerwował a hobby miał tylko jedno – strzelanie, do czego popadnie, non stop. Na szczęście był także bezpłodny. 

karol II i jego żuchwa

 Nieślubne: 



piękna maria i jej dorodny bękart
       

           Było ich co najmniej siedmioro,(większości załatwiono „etaty” biskupów, albo gubernatorów a dziewczynkom znaleziono odpowiednio bogatych mężów), ale w historii najobszerniej zapisał się jedyny łaskawie uznany przez tatusia syn  -  Jan (1629 – 1679), owoc romansu z piękną Marią Calderon, aktoreczką oczywiście. Gdy chłopak przyszedł na świat Marię grzecznie poproszono o zakończenie całkiem udanej kariery, dożywotnie usunięcie się do klasztoru i oddanie syna na wychowanie ludziom podstawionym przez króla. Dopiero po 13 latach Jan  dowiedział się kim są jego prawdziwi rodzice, został oficjalnie uznany, zaproszony na dwór i tam poddany dalszej obróbce. Filip, skoro już musiał mieć bękarta, życzył sobie aby był to bękart użyteczny. Jana odpowiednio wyszkolono, wyedukowano i wytresowano. Ze wspaniałym skutkiem. Biedny Filip musiał dzień w dzień pluć sobie w brodę, że dziecię jakiejś tam aktoreczki tak spektakularnie przerosło dzieci jego ślubnych księżniczek. Jan był przystojny, inteligentny, miał żelazne zdrowie, nienaganne maniery i całe  tony uroku osobistego. Okazał się bardzo zręcznym dyplomatą i dowódcą a Hiszpanie uwielbiali go do tego stopnia, że królowa Marianna ciężko się wystraszyła i zaczęła robić co w jej mocy żeby obrzydzić bękarta Filipowi. Trudno się jej dziwić – w starciu z tym Habsburskim odpowiednikiem Brada Pitta jej syn, śliniący się kretyn Karol, nie miał żadnych szans. I rzeczywiście, 11 lat po śmierci Filipa IV Jan wysiudał ze stolicy regentującą w imię upośledzonego synalka Mariannę, oraz jej spowiednika. Nie obwołał się jednak królem, bo znał mores i nie palił się do tronu. Po prostu chciał naprawić to co spieprzyła królowa i jej klecha, uratowac Hiszpanię która była już tylko o krok od znalezienia się w czarnej dupie. Może by i coś zdziałał, ale dwa lata później niespodziewanie kopnął w kalendarz – za co odpowiedzialny był albo tyfus, albo trucizna. Wszystko co miał zapisał Karolowi II a w nagrodę został pierwszym synem aktoreczki, ale drugim bękartem tego imienia (bo leżał tam już Jan Austryjacki, bękart Karola V), który spoczął w królewskiej krypcie w Eskurialu.

2 komentarze:

  1. Hej, Twój blog jest genialny! Piękne portrety i język - j`aime bien! Ja mam hopla na punkcie Tudorów i Romanowów - te dwie dynastie osadzone w zupełnie innych kontekstach to moj konik. Przeczytałam Twój blog w ciągu godziny i z niecierpliwością czekam na więcej. Habsburgowie byli nieźle pokręceni. Pozdrawia.

    OdpowiedzUsuń
  2. dziękuję:) Habsburgowie mieli to do siebie że byli dosłownie wszędzie. ale tudorowie to też ciekawy temat tyle że dosyć krótki w porównaniu z tym nieustępliwym rodem. właściwie to będę tu pisać o wszystkim co mi przyjdzie do głowy - choć pierwotnym zamierzeniem było pokazywanie portretów z krótkimi opisami.

    OdpowiedzUsuń