środa, 25 kwietnia 2012

Posłuszny i płodny wnusio



W ten sposób dotarliśmy do Burbonów. Gdyż albowiem, na człowieku-żuchwie wygasła linia i nastąpił wakat. I to wysoce ponętny wakat, pomimo tego, że Hiszpania przypominała płonący burdel, albo pierdzące miazmatami bagno (zależy jaką się przyjmie metodę metaforyzacji). Była wydojona, rozchwiana, podzielona jak ciało popularnego świętego, makabrycznie zbiurokratyzowana, plus praktycznie pozbawiona armii. Ale była HISZPANIĄ. Kandydatów zgłosiło się sporo, ale wygrał przyszły Filip V. Burbon, książę Andegawenii. Wnuk Ludwika XIV i hiszpańskiej infanty. Oczywiście całą akcję przeprowadził dziadek – Filip miał 17 lat, nie mówił ani słowa po hiszpańsku i jak 99,9% innych dworzan nie zwykł był kwestionować poczynań Króla – Słońce. Grzecznie pojechał do smętnej Hiszpanii, zrzekając się jakichkolwiek praw do francuskiego tronu. Taki one way ticket z przytupem. Nic dziwnego że do śmierci męczyły go ataki melancholii. Oraz hipochondrii, bo czymś trzeba tę melancholię karmić („ach! W Wersalu nigdy nie strzykało mi w kolanie. to już koniec, aaaa itp.”).  Saint Simon pisał o nim:

Filip V - grzeczny wnusio
„Filip V nie przyszedł na świat obdarzony jakimś wyższym intelektem ani tym, co zwać się zwykło wyobraźnią. Chłodny, milczący, smutny, wstrzemięźliwy, nie miał pociągu do żadnych przyjemności prócz polowania; bał się towarzystwa, bał się samego siebie (…) posiadał przy tym we wszystkim rozsądek i jasny sąd”. Był też dewotem, ale w Eskurialu chyba się inaczej nie dało. Pałac zbudowany na planie rusztu, atrybutu św. Wawrzyńca (zwanym w niektórych kręgach „świętym z grilla”) z ogromną bazyliką na samym środku. Co prawda Filip chyba nie skorzystał z komnaty sypialnej swoich Habsburskich poprzedników i nie kimał w pokoju z oknem wychodzącym na ołtarz główny bazyliki. Ale pewne mentalne miazmaty i tak go dosięgły. Wyhodował sobie upodobanie do osobistego bywania na auto-da-fe – wisienki na torcie każdego procesu inkwizycyjnego składającej się z publicznego przyjęcia albo odrzucenia (jedynej słusznej) Wiary oraz wykonania wyroków. Czyli: uniewinnienia, usmażenia, albo usmażenia pośmiertnego. Owszem, było to widowiskowe, wysoce zrytualizowane i barwne, niemal teatralne wydarzenie. Ale jednak smażenie. A rozdziamdziany Filip V uważał je za „budującą ceremonię religijną”. Cóż, jego drugie imię brzmiało Konformizm. Filip był pantoflem każdego autorytetu jaki się nawinął: dziadka, kościoła,  obydwu żon, ich przyjaciółek (agentów nowej żony dziadka btw)… 

Sprawa żon zaś, oraz infanciątek, wyglądała następująco:


Żona nr 1, Maria Ludwika Sabaudzka (1688 – 1714) była wnuczką brata Ludwika XIV. Czyli państwo młodzi mieli tylko wspólnych pradziadków. Nie tak źle, biorąc pod uwagę że Burbonowie żenili się w najbliższej rodzinie, tak jak Habsburgowie. Co prawda Ludwik XIV miał zdrowy odruch płodzenia z niespokrewnionymi metresami stad bękartów, ale potem tak intensywnie je legitymizował i promował, że żenił ich dzieci z własnymi wnukami (i wnuczkami) z prawego łoża. Uroczo. Niby pula genetyczna trochę się poszerzyła ale i tak było krucho ze średnią wieku. Maria Ludwika rządziła Filipem a Marią Ludwiką rządziła madame d Ursins, którą z kolei sterowała pani Maintenon, potajemna żona Ludwika XIV. Zanim królowa sczezła nie doczekawszy trzydziestki, urodziła czwórkę dzieci:


Ludwik który srogo zawiódł
Ludwik I (1707 – 1724), ów uroczy chłopczyna w srebrnym wdzianku i żabocie z portretu, zrobił swojej rodzinie paskudnego psikusa. A mianowicie: zapowiadał się zdrowo i obiecująco, dał się ożenić (z krewną, a jakże, którą to małżeństwo zniszczyło kompletnie – radzę poczytać) i ukoronować, a zaraz potem niespodziewanie zszedł na ospę. Najwyraźniej cała Hiszpania modliła się gorąco, żeby nie mieć króla o dynastycznym imieniu władców Francji. Modlitwa została wysłuchana połowicznie (sic!). To znaczy Ludwik sczezł, ale po tym jak już został królem. Jego tatuś miał bowiem szczwany plan i na początku 1724 roku abdykował na rzecz syna. Robił sobie bowiem całkiem uzasadnione nadzieje na powrót do Francji, na tron. Tyle że według świeżych praw nie można było trzymać obu koron. Sadzając Luwika na tronie stawał się legalnym pretendentem, gdyby chorowitemu bachorkowi jakim był  wówczas król Ludwik XV, zdarzyło się powiększyć grono aniołków. Po tragicznej, acz nietaktownej, śmierci Ludwika, z braku pełnoletniego następcy, jeszcze mocniej zdołowany Filip V wrócił na tron hiszpański.

Filip Ludwik pożył raptem tydzień (kilka lipcowych dni w 1709), więc nic nie zdążył zdziałać. 

Lepiej poradził sobie Filip Piotr, który dociągnął do 7 i pół roku (1712 – 1719).

Ferdynand VI Melancholijny

Cudowna brzydka żona
Ferdynand VI (1713 - 1759) odziedziczył po tatusiu skłonność do melancholii. Wrażliwy, nieśmiały i inteligentny, kształcił się zajadle oraz odurzał się Sztuką. Szczególnie muzyką – był mecenasem min. Farinellego. Druga żona Karola V, zwana dalej macochą, nienawidziła go ponoć z całego serca, bo zajmował w kolejce do tronu wyższe miejsce niż jej synowie. Może to jej okrutnym pomysłem było wydanie wielbiącego piękno Ferdynanda za koszmarnie brzydką księżniczkę portugalską. Biedak, podobno gdy ujrzał wybrankę po raz pierwszy, przeżył taki szok estetyczny, że się zatoczył się i omal nie zemdlał. Brzydactwo okazało się jednak mądre, wykształcone i czarujące, a na dodatek miało słuch. Ferdynand zaś okazał się typem faceta który leci na osobowość. Pomimo ogólnej mazgajowatości i własnego przekonania, że na rządzenie jest za słaby, za mało kompetentny itp. itd. okazał się całkiem sprawnym monarchą. Hiszpania mogłaby na nim sporo ugrac gdyby nie śmierc królowej. Ferdynand bowiem był niezwykle mocno przywiązany do żony, która była jego najlepszą przyjaciółką i którą kochał mimo tego że była brzydka, astmatyczna, tłusta i (o zgrozo!) nie dała mu dzieci. Po jej śmierci depresja zjadła go w przeciągu roku. Przestał się przebierać i myc. Najpierw jeszcze snuł się po pałacowym parku w brudnych gaciach, bez peruki i zarośnięty jak nieboskie stworzenie. Potem jednak snuć się przestał i zaległ w łóżku. Aż wreszcie przestał też jeść.



Filip V i cwana Ela
żona numer 2, Elżbieta Farnese (1692 – 1766) na szczęście nie była kuzynką ani siostrzenicą Filipa V. Urodziła więc siódemkę całkiem długowiecznych dzieci. A że włoskie księżniczki zawsze lubiły parać się polityką, kompletnie zdominowała męża i politykę hiszpańską. Oczywiście była cena do zapłacenia. I tu znowu Saint Simon, nasz nieoceniony:

Filip V „ (…) lubił pochlebstwa, gdyż królowa chwaliła go bezustannie, nawet jego twarz, i podczas jednej z audiencji (…) zapytała mnie, czy nie uważam, że jest on piękny, najpiękniejszy ze wszystkich ludzi jakich znałem.”

Proszę spojrzeć na portrety. Kobieta miała żelazne czółko. Na dodatek spędzała z mężem 23 i pół godziny na dobę. Do końca życia:

„Królowa miała dla siebie tylko i wyłącznie chwilę nakładania trzewików po wyjściu z łoża.”

Albo: „król i królowa mieli zawsze jeden wspólny apartament i jedno łoże (…) Gorączka, choroby jakie mogli mieć oboje, poród wreszcie, nigdy nie zdołały ich na jeden dzień rozdzielić.” 

Ciężka praca. Według opisu Saint Simona królowa była ogólnie w miarę wyględna, choć zmasakrowana bliznami po ospie (czego oczywiście nie uświadczycie na portretach). Ale po kilku słowach okazywało się że ma „to coś” czyli „wdzięk czarujący, stały, naturalny, bez najmniejszej pozy” i ogólny seksapil. Nic dziwnego że Karol was a puppet on a string. W ramach nagrody od losu za wytrwałość i poświęcenie, ambitna Elżbieta doczekała się własnego syna na tronie Hiszpanii. 

Karolek co nie lubił wojować
Karol III (1716 – 1788) był, co doskonale widac na ostatnim po prawej portrecie, był pogodnym poczciwiną. Nie lubił knuc, przepychac się łokciami, ani wojowac. Polowanie – owszem, ale wojna tylko w ostatecznej ostateczności. Zabawne, że został namalowany w zbroi, która pasuje do jego pociesznej fizjonomii (Habsburgowie mieli żuchwidło a Burbonowie – nochal) jak burka do Amandy Lepore. Chociaż nie, złe porównanie, burka dobrze zrobiłaby Amandzie. A więc jak koronkowe stringi z Koniakowa papieżowi. Co innego te spektakularne szustokory z jego dziecięcych portretów. Peruka i hafty powalają; są sto razy bardziej majestatyczne od żelastwa. Anyways. Karol szalenie kochał matkę, choc trochę się jej bał. Był posłusznym synem i grzecznie pozwalał się wpychac na dynastyczną drabinę, by zaspokoić ambicje Elżbiety. Za jej sprawą został w wieku lat 17 królem Neapolu i Sycylii, co wówczas wydawało się posadą dożywotnią, ale okazało się tylko wstępem do kariery władcy Hiszpanii. Karol został nim za sprawą przyrodniego brata, Ferdynanda, który był łaskaw zapłakac się po umiłowanej małżonce. Panowanie zaczął od tego że pochował 35 letnią żonę której suchotnicze płucka nie podźwignęły się po upierdliwej podróży do nowego królestwa. Poczciwy wdowiec miał już następcę i kilkoro dzieci na liście rezerwowych, więc zdrowo się zasmucił, ale nie zwariował. Był na to zbyt wesołego usposobienia. Starał się jak mógł zreformowac burdel na kółkach jakim była Hiszpania i nawet mu to wychodziło. A na dodatek jak ognia unikał wojen, ku znaczącej uldze wychędożonego w tę i w nazad plebsu.

Franciszek (marzec – kwiecień 1717. I wszystko jasne)

Marianna "dziękujemy już mamy"
Właściwie od początku było wiadomo,  że Marianna Wiktoria (1718 - 1781) wyjdzie za mąż za swojego krewnego, Ludwika XV. Kiedy miała 3 lata, wywieziono ją do Paryża, na dwór 11 letniego narzeczonego, celem podchowania i wytresowania na królową francuską. Była ponoć słodkim dziecięciem więc polubili ją tam wszyscy… oprócz Ludwika XV, który omijał Mariannę szerokim łukiem, a gdy tylko rozpoczął (4 lata później) osobiste rządy, błyskawicznie zerwał zaręczyny i odesłał dziewczynkę do Hiszpanii. Miło co? „Dziękujemy, już mamy”, taki dworski ekwiwalent przerzucenia przez ogrodzenie schroniska pieska, który się znudził dzieciom i pogryzł jedwabny szal mamusi. Marianna wróciła do ludzi których nie pamiętała, bez przyszłości do której ją szkolono. Po nieudanych swatach z carem Piotrem I, dziewczynę opchnięto królowi Portugalii, Józefowi I. Państwo młodzi nawet dobrze się dogadali, choć Marianna odziedziczyła po mamusi ambicję, inteligencję oraz skłonność do mieszania się w politykę. A przy tym straszliwie wkurzały ją liczne kochanki męża. Urodziła 8 dzieci z których przeżyła połowa, same córki. Na szczęście w Portugalii nie obowiązywało prawo salickie, więc jedna z nich odziedziczyła tron. Jeszcze zanim do tego doszło, mąż Marianny uznał, że on już ma dosyć, że te ostatnich kilka wylewów to już była przesada i że czas oddać komuś lejce. Wyznaczył więc regenta – Mariannę. Niedoszła królowa francuska do końca życia współrządziła Portugalią. A na osłodę została matką chrzestną pewnej nieważnej Habsburżanki, jedenastej córki tak mało branej pod uwagę jako towar matrymonialny, że nawet nie dopilnowano by nauczyła się pisać. Dziewczynka miała na imię Maria Antonina i w wyniku licznych zawirowań, jeszcze za życia Marianny zasiadła na tronie francuskim. 

 
Filip Parmeński, daleko w kolejce
Filip (1720 -  1745) , jako dalszy syn rezerwowy, został na pocieszenie księciem Parmy. A za żonę dano mu doskonałą partię – najstarszą córkę Ludwika XV i Marii Leszczyńskiej, oczywiście kuzynkę, Marię Ludwikę Elżbietę Burbon. Co prawda Maria miała aparycję spasionego eunucha odzianego w damskie suknie, ale pan młody też nie porażał pięknością (oglądanie ich portretów rodzinnych ściska serce i przełyk), a tak wysoko postawiona żona otwierała nowe, ciekawe perspektywy dynastyczne dla nowego rodu Burbon – Parma. Niestety, książę nie trawił żony. Z jak najszczerszą wzajemnością. Był jednak obowiązkowy i zrobił jej troje brzydkich, ale w miarę zdrowych dzieci. Pierwsze gdy miała ledwie 14 lat. Z księstwem poradził sobie lepiej. Reformował, oświecał itd. itp. Zmarł, zapewne z przejęcia, odwożąc do Eskurialu córkę, która miała zostać żoną infanta. 



Ruda Maria Teresa co pogodziła i padła
Maria Teresa Rafaela (1726 – 46) miała ważne zadanie. A mianowicie pogodzić Hiszpanię i Francję, obrażone na siebie od czasu gdy Ludwik XV po chamsku odesłał jej starszą siostrę do domu, zamiast się z nią ożenić. Zaręczono ją więc z Delfinem, synem niedoszłego wujka i brzydkiej jak noc listopadowa Marii Leszczyńskiej. Do Francji pojechała (na wyraźne życzenie zrażonej do Wersalu mamusi) dopiero 5 lat później. I to dopiero kiedy odbył się ślub per procura a tytuł Delfiny był zaklepany. W Wersalu Maria Teresa na wstępie dostała potężnego despektu – 15 letni delfin bowiem długo „nie mógł skonsumować małżeństwa” co generowało złośliwe plotki i czyniło ją osobą totalnie bez znaczenia, żeby nie powiedzieć niewygodną. Oprócz tego, szydzono z niej także z powodu rudych włosów (strategicznie skrywanych pod peruką na każdym portrecie). Za to pomimo niewydolności łóżkowej Maria bardzo polubiła męża, a on ją. Spędzali razem długie godziny oddając się praktykom religijnym, dyskutując i obrabiając dupę siejącego zgorszenie królowi oraz jego kochance Joasi Rybie (Jeanne Poisson) zwaną także Markizą de Pompadour. Maria Teresa była ponoć wielce nieśmiałym dziewczęciem, które od dworskich gier, balów i polityki wolała siedzieć we własnych apartamentach oddając się lekturze. Niestety, długo oczekiwany wytrysk Delfina okazał się dla niej śmiertelny – Maria zmarła trzy dni po porodzie. Jej dziecko pożyło ledwie 2 lata, co pewnie zasmuciłoby wszystkich, gdyby nie fakt że było dziewczynką. Tyle tylko że Ludwik XV musiał własnoręcznie oderwać Delfina od ciała ukochanej żony. 

 
Ludwik Antoni biskup mimo woli
Ludwik Antoni (1727 – 1785) był któryś tam w kolejce, wiadomo było że na tron się raczej nie załapie, więc na pocieszenie w wieku ośmiu lat został mianowany kawalerem orderu Złotego Runa a chwileczkę potem – arcybiskupem Toledo i prymasem Hiszpanii (oficjalny światowy rekord). Tyle tylko że Ludwik duchownym być nie zamierzał i gdy tylko mógł zrzekł się godności kościelnych zamiast księżowac zaczął księciowac. Król, obawiając się konkurencji zesłał go daleko od Madrytu, gdzie były prymas, ku jego wielkiemu zadowoleniu, popełnił małżeństwo morganatyczne (wykluczające ewentualne potomstwo z kolejki do tronu) i spędził resztę swojego życia uprawiając mecenat artystyczny (Goya) oraz plując sobie w brodę że nie udało mu się zostać królem. 

Maria co znała swoje obowiązki
Maria Antonietta (1729 – 1785) ów uroczy, majestatyczny bobas z pierwszego portretu (proszę zwrócic uwagę na równie majestatycznego i ozdobionego gołąbka na dole) może i była najmłodsza, ale i dla niej znaleziono smakowity kąsek małżeński. A dokładnie księcia Sardynii Aosty i Sabaudii,  co potem został królem. Maria traktowała bardzo poważnie swoje infancie obowiązki. Urodziła 12 dzieci, w tym trzech kolejnych królów Sardynii, wprowadziła na tamtejszy dwór monumentalną do zrzygu etykietę hiszpańską i partnerowała mężowi, który bardzo się do niej przywiązał. Podobno była nieśmiała, bardzo religijna a w obejściu zimna jak zadek Roberta Falcona Scotta na początku kwietnia 1912. 

i to by było na tyle. trochę jebutny mi ten wpis wyszedł - postaram się już tak nie rozpisywać. 


wtorek, 17 stycznia 2012

Słabeusze, śliczności, potwór i kolejny bękart w kryptach Eskurialu, czyli stadko Filipa IV

elżbieta burbon - żona numer jeden
W drastycznym skrócie, sytuacja rodzinna Filipa IV wyglądała nieciekawie. Monarcha zraził się do posiadania żony „na dowóz”, czyli nie z najbliższej rodziny, za sprawą Elżbiety Burbon. Ela była młoda (w chwili ślubu miała 13 lat i to dopiero od 3 dni), ładna a Filip nawet ją lubił, choć i tak notorycznie puszczał się z aktoreczkami. Sęk w tym, że z ośmiorga potomstwa które sprokurowała królewska para, tylko dwoje przeżyło dzieciństwo. Ale jedno z tej dwójki nie doczekało wieku, w którym dziś mogłoby się legalnie złoić wódą i pokazać wała rodzicom dając się wlec na Kolską. Toteż kiedy Elżbietka wyzionęła ducha tuż po czterdziestce Filip wziął sobie młodziutką, świeżutką siostrzeniczkę. Co prawda panna już od 10 go roku życia była obiecana jego synowi i jedynemu następcy, infantowi Baltazarowi, ale gdy ten sczezł  niespodziewanie w 1646 „przesadzono ją” na wujaszka. Prawie trzy dychy starszego od nieszczęsnej Marianny wujaszka. Nic dziwnego że ta podobno wesoła dziewczynka szybko przepoczwarzyła się we nadambitną, wybuchową i zimną na przemian dewotkę, notorycznie mobbingującą swoje synowe. Nie wiem jak sprawy wyglądały ze strony wujka/męża/niedoszłego teścia. Pewnie aż do ślubu nie wiedział jakiego kaszalota naraiła mu rodzona siostrzyczka/teściowa – Marianna jeżeli posiadała urok to nieuchwytny dla oka malarzy. Jej portrety (świetne zresztą, szczególnie ten środkowy, w tej powalającej sukni z jebutnym fortugałem) są bezlitosne. Zgarbiona, nadęta, ostro  naburmuszona dziewczyna której wyraz twarzy mógłby mieć motto „i fart in your general direction”. Ale głupia nie była, o nie. Tylko kompletnie zblazowana i wredna. Co gorsza, na polu produkcji potomstwa spisała się niewiele lepiej od swojej poprzedniczki. Urodziła pięcioro dzieci, ale dorosłości dożyła dwójka – śliczna dziewczynka z portretów Velazqueza i makabryczny Karol II. Jak na ironię tylko niedorozwinięty i schorowany syn przetrwał na tyle długo żeby zasiąść na tronie… i zakończyć dynastię raz na zawszę. Przyjrzyjmy się więc bliżej tej feralnej progeniturze. 




Dzieci Elżbiety Francuskiej:
 

Pierwsze cztery córki (urodzone w latach 1621 – 1627) wypisywały się z interesu zanim wyszły z powijaków. I kiedy wydawało się już że dupa zbita a dynastię szlag trafi, urodził się syn, Baltazar Karol (1629 – 1646). Cały dwór oszalał z radości, bo nie dość że chłopak, to jeszcze zdrowy, silny i śliczny jak marzenie. Wniebowzięty tatuś kazał go portretować co pięć minut, i to samemu Velazquezowi, dzięki czemu mały chłopczyk z obrazów po prostu rozwala nadgarstki, przynajmniej mnie. Jak widać na załączonym obrazku najchętniej pokazywano go w pozach i okolicznościach „majestatyczno - sportowych” – z szablą, na koniu, na łonie natury, podczas polowania… Od razu miało być jasne że to doskonały materiał na wojownika, króla i przyszłego ojca królów. Filip był tak szczęśliwy, że nawet nie gniewał się na żonę kiedy urodziła mu kolejne dwie córki (z czego jedna od razu zmarła), po czym bezczelnie sczezła. Niestety, 16 letni Baltazar spłatał wszystkim psikusa: pewnego dnia złapał ospę (tę prawdziwa, czarną, hardkorową), pokrył się spektakularną wysypką, dostał gorączki i padł trupem. W ten sposób Filipowi IV ostała się tylko jedna córka – infanta Maria Teresa (1638 – 1683). 


baltasar carlos w pozach heroiczno - sportowych

         Maria Teresa –  jako najatrakcyjniejszy kąsek na europejskim rynku matrymonialnym – była od kołyski tresowana bez zmiłowania. Miała być miła, cnotliwa, posłuszna i lojalna, oczywiście nie wobec potencjalnego mężusia, tylko wobec interesów papy. Po długich bojach i negocjacjach sprzedano ją… uwaga uwaga… tadadam!... bratu ciotecznemu, Ludwikowi XIV. Trafiła więc pod skrzydła osobistej cioci/teściowej, Anny Austryjaczki, która do końca życia głaskała ją po główce, jednocześnie kontynuując tresurę zapoczątkowaną w Eskurialu. Fajny jest ten kontrast między jej portretami jeszcze z Hiszpanii i późniejszymi, francuskimi. Hiszpańskie są Velazqueza, więc są genialne. Wyglądająca z nich dziewczynka żyje, oddycha, ma charakter i nastrój oraz skillsy potrzebne do bycia królową. Te francuskie są straszne. Maria wygląda jakby połknęła kij, albo jakby ją wypatroszono i wypchano. Kiecka w królewskie lilie jest ważniejsza od niej. W Paryżu ewidentnie odpuszczono sobie dobre malarstwo na rzecz dworskich intryg, wypasionych kiecek, seksu, snucia się po ogrodach, ucztowania, chlania i przeczyszczania się lewatywami. Ale, ale…


maria teresa hiszpańska - potulna żona rozpłodowa Ludwika XIV

Marii, wychowanej w czymś co przypominało wyprany z dowcipu dom rodziny Addamsów, od początku nie podobał się nowy dwór. Nie nadążała biedaczka. Luwr (Wersal zaczęto budować dopiero 8 lat po jej ślubie) to były, w porównaniu do Eskurialu, totalne bachanalia. Ruja i poróbstwo, hazard i intrygi, dziwki wino i pianino po prostu, tyle że wszystko za fasadą skomplikowanej etykiety. W roli Bachusa występował oczywiście sam Ludwik, odbierając hołdy i puszczając się na prawo i lewo. Maria, ze swoją habsburską żuchwą i potulnym usposobieniem, nie nadawała się zbytnio na menadę.  Była tak zszokowana, że podobno do końca życia nie nauczyła się mówić po francusku. Zgodnie z zasadami które jej wpojono mogła co najwyżej pouprzykrzać życie kolejnym kochankom mężusia (ale tylko zgodnie z etykietą, nothing fancy), albo rzucić Ludwikowi jedną czy dwie złośliwości przy świadkach. Nie ma to jak cywilizowana zemsta, co? Urodziła więc grzecznie sześcioro dzieci, w tym całkiem długowiecznego następcę tronu, który jako jedyny ją przeżył. Zdołowana zgonami kolejnych dzieci i ludwikowym radosnym płodzeniem na prawo i lewo bękartów, Maria postanowiła udać że „jej tu nie ma”.  skonstruowała sobie własny dwór, coś jakby Eskurial w pigułce, i starała się ignorować fakt że los ją skazał na Francję. W końcu zajęła się prawie wyłącznie zabawą z psami i karłami (i tych i tych miała na pęczki, taka ciekawa forma zbieractwa), modlitwami oraz wtranżalaniem czekolady. Kiedy zmarła, szczerze zdziwiony Ludwik oznajmił, że jest to pierwsza przykrość jaką żona mu kiedykolwiek sprawiła. Trochę kłamał, ale i tak walnął niezłe epitafium dla tej stłamszonej, bezradnej, dobrej w gruncie rzeczy kobiecinie. 

Dzieci Marianny Austryjackiej:

marianna austyjacka is not amused
filip prosper i jego fenomenalna psina
            Jak już nadmieniłam, z drugiej żony Filip uzyskał raptem czwórkę dzieci. Tyle że połowa (dziewczynka i chłopak) błyskawicznie zmarła. Na pocieszenie ostała mu się Małgorzata Teresa (1651 – 1673) oraz infant Karol (1661 – 1700).  O dziwo to Małgorzatka, choć dziewczyna, była dozgonnym NUMERO UNO królewskiego tatusia. Filip hołubił nią z iście niehabsburską czułością, nazywał „swoją radością” nawet w oficjalnych listach i dopieszczał ile wlezie. Nawet biedny, śliczny  Filip Prosper ((1657 – 1661) ten z mojego ulubionego portretu z pieskiem) nie był w stanie zagrozić jej uprzywilejowanej pozycji. Może dlatego że był bardzo chorowitym dzieckiem i nikt nie łudził się że długo pociągnie. Filip chciał dla swojej córeczki „wszystkiego co najlepsze”, ergo zaręczył ją z jej własnym wujkiem i kuzynem w jednej osobie, zanim jeszcze nauczyła się dobrze chodzić. Gwoli uściślenia Leopold I Habsburg, bo o nim mowa, oprócz tego że był bratem matki Małgorzaty i synem jej ciotki, został także królem Węgier, Czech oraz Niemiec, arcyksięciem Austrii i cesarzem rzymsko – niemieckim na dokładkę. Czyli partia jak marzenie. W związku z tymi zaręczynami amatorzy sztuk pięknych powinni co roku zmawiać ładny paciorek za duszę Filipa IV. Wyżej wymieniony manewr uczuciowo – polityczny zaowocował bowiem serią portretów infantki, obstalowanych u, a jakże, Velazqueza. I tak Leopold siedział sobie we Wiedniu, czekając spokojnie aż narzeczona dojrzeje i obserwując postępy na jednych z najwspanialszych obrazów w historii. Małgorzata opuściła Hiszpanię dopiero kiedy umarł jej ojciec, ona sama skończyła lat 16, a narzeczony dobiegał trzydziestki. Leopold dokonał spektakularnego podrywu za pomocą wesela-monstrum, uzbrojonego w pokazy sztucznych ogni, opery i balet. Trafił w dziesiątkę. Małgorzata miała fioła na punkcie tańca. Od tej pory państwo cesarzowie wyżywali się wspólnie podczas balów i przedstawień, dyskutowali o teatrze, muzyce i takich tam. Nic tak nie wiążę jak wspólna fiksacja. Niestety, oprócz tańców i intelektualnego miziania się z mężusiem Małgorzata musiała zając się rodzeniem Habsburgów. Przez niecałe siedem lat małżeństwa  była w ciąży coś jakby 6 razy. Tyle, że ocalało wyłącznie jedno dziecko – dziewczynka. A Małgorzata, która do końca życia mówiła do swojego męża per „wujku” (on na nią Gretl, serio), poległa na froncie „parcia na dziedzica” w wieku lat 22. 

małgorzata od 2 do 5




małgorzata od 6 do 20
       Jeżeli ktoś miał by obstawiać, który z synów Filipa IV dożyje pełnoletniości, to nawet przez ułamek sekundy nie pomyślałby o Karolu II (1661 – 1700). A ten nie dość że wszystkich przetrzymał (włącznie z dwoma żonami!), to jeszcze prawie dobrnął do czterdziestki. Codziennie wstając z łóżka tylko po to żeby postać trochę nad grobem i postraszyć dworzan oraz służbę. Ale cóż, tak się kończy notoryczne, wielopokoleniowe dymanie własnej rodziny. W każdym razie Filip od urodzenia był chodzącym zestawem objawów, schorzeń i anomalii medycznych. Miał nienaturalnie dużą głowę, był chudziuteńki i wątły jak supermodelka po roku płynnej diety. Ciemiączko zarosło mu się dopiero gdy miał 5 lat a do 8 roku życia noszono go wszędzie na rękach, bo kiepsko mu szła nauka chodzenia (sic!). Habsburska żuchwa rozrosła się w jego przypadku do takich rozmiarów, że Filip miał poważne problemy z przeżuwaniem i zamiast mówić bełkotał niezrozumiale, zapluwając się przy tym niemiłosiernie. Zresztą ślinił się nawet bez bełkotania a o szczelnym zamknięciu paszczy mógł co najwyżej pomarzyć. Na dodatek miał wielkiego, długiego nochala, który prawie stykał się z wystającą dolną wargą. Jakby tego wszystkiego było mało Filip całe życie spędził rzygając, sikając krwią, wijąc się w konwulsjach i puchnąc w różnych nieciekawych miejscach. Zanim dobił 35tki był już łysym starcem bez zębów a w ramach ostatecznej atrakcji – ogłuchł. Nie pomagały zabiegi lekarzy, ani nawet egzorcyzmy które król ordynował sobie w przekonaniu że to nie zawężanie puli genetycznej doprowadziło go do takiego stanu, tylko czyjeś uroki. W sumie trudno się dziwić, że Karol był do tego wszystkiego, ujmując delikatnie,  niezbyt miłym człowiekiem a władzę sprawowała zamiast niego mamusia- dewotka i jej jezuicki spowiednik. Wszystko go denerwował a hobby miał tylko jedno – strzelanie, do czego popadnie, non stop. Na szczęście był także bezpłodny. 

karol II i jego żuchwa

 Nieślubne: 



piękna maria i jej dorodny bękart
       

           Było ich co najmniej siedmioro,(większości załatwiono „etaty” biskupów, albo gubernatorów a dziewczynkom znaleziono odpowiednio bogatych mężów), ale w historii najobszerniej zapisał się jedyny łaskawie uznany przez tatusia syn  -  Jan (1629 – 1679), owoc romansu z piękną Marią Calderon, aktoreczką oczywiście. Gdy chłopak przyszedł na świat Marię grzecznie poproszono o zakończenie całkiem udanej kariery, dożywotnie usunięcie się do klasztoru i oddanie syna na wychowanie ludziom podstawionym przez króla. Dopiero po 13 latach Jan  dowiedział się kim są jego prawdziwi rodzice, został oficjalnie uznany, zaproszony na dwór i tam poddany dalszej obróbce. Filip, skoro już musiał mieć bękarta, życzył sobie aby był to bękart użyteczny. Jana odpowiednio wyszkolono, wyedukowano i wytresowano. Ze wspaniałym skutkiem. Biedny Filip musiał dzień w dzień pluć sobie w brodę, że dziecię jakiejś tam aktoreczki tak spektakularnie przerosło dzieci jego ślubnych księżniczek. Jan był przystojny, inteligentny, miał żelazne zdrowie, nienaganne maniery i całe  tony uroku osobistego. Okazał się bardzo zręcznym dyplomatą i dowódcą a Hiszpanie uwielbiali go do tego stopnia, że królowa Marianna ciężko się wystraszyła i zaczęła robić co w jej mocy żeby obrzydzić bękarta Filipowi. Trudno się jej dziwić – w starciu z tym Habsburskim odpowiednikiem Brada Pitta jej syn, śliniący się kretyn Karol, nie miał żadnych szans. I rzeczywiście, 11 lat po śmierci Filipa IV Jan wysiudał ze stolicy regentującą w imię upośledzonego synalka Mariannę, oraz jej spowiednika. Nie obwołał się jednak królem, bo znał mores i nie palił się do tronu. Po prostu chciał naprawić to co spieprzyła królowa i jej klecha, uratowac Hiszpanię która była już tylko o krok od znalezienia się w czarnej dupie. Może by i coś zdziałał, ale dwa lata później niespodziewanie kopnął w kalendarz – za co odpowiedzialny był albo tyfus, albo trucizna. Wszystko co miał zapisał Karolowi II a w nagrodę został pierwszym synem aktoreczki, ale drugim bękartem tego imienia (bo leżał tam już Jan Austryjacki, bękart Karola V), który spoczął w królewskiej krypcie w Eskurialu.