wtorek, 30 sierpnia 2011

Córeczka tatusia, czyli Izabela Klara Eugenia Habsburg. Infantka, a jakże.



Ach ta Klarcia, któż to jej nie malował? Sofonisba Anguissola, Rubens (notorycznie), Alonso Sánchez Coello, Frans Pourbus Młodszy… ale takie są zalety bycia habsburską szychą. Minusy też są, a i owszem, na czele z charakterystycznym, ujawniającym się w wieku dojrzewania żuchwidłem. Większość Habsburgów była naprawdę prześlicznymi bachorkami, a potem nagle TADADA! i coś strasznego robi im się z obliczem (wystarczy spojrzeć na słynne portrety Małgorzaty Teresy, pędzla Velazqueza). Wszystkie nastoletnie głupole lamentujące z okazji gwałtownego pryszcza niech się zastanowią, co by poczuły gdyby nagle wyskoczyło im coś takiego kalibru i trwałości. A potem niech zamilkną i zajmą się odrabianiem lekcji. Izabeli Klarze, co widać na załączonych obrazkach, także z czasem rośnie żuchwa. I kreza. Na późnych portretach wygląda jak, cytując lorda Blackaddera, ptak co połknął talerz. Ale to jest kolejny z wielu minusów bycia Habsburską szychą, na przełomie XVI i XVII wieku przynamniej (potem były katusze fortugałami, panier i perukami). 




            Chyba żadne z dzieci hiszpańskich Habsburgów (oprócz wyżej wymienionej Małgorzaty) nie było częściej portretowane od Izabeli Klary. Może to dlatego, że tatuś, Filip II, tak się cieszył z faktu jej pomyślnego przybycia na ten łez padół, że głośno i przy całym dworze stwierdził że „nie cieszyłby się bardziej z narodzin syna”. Jak na obciążonego genetycznym parciem na dziedzica Habsburga, który miał już co prawda męskiego potomka ale (Izabellę urodziła… jego, Don Carlosa niedoszła żona Ela de Valois, co to ją Filip w końcu zachachmęcił dla siebie i to na jej szczęście gdyż) potomek ów był kretynem i furiatem. Nie wiem jak Filip ale ja bym już więcej nie żeniła się z kuzynkami (pierwsza żona, matka don Carlosa, była PODWÓJNĄ kuzynką Filipa tzn. jej rodzicami byli brat matki filipa i siostra jego ojca. W ten sposób młoda para oszczędzała na kwiatkach na dzień babci i dziadka bo całą czwórkę mieli wspólnych. Wiem, to bardzo skomplikowane, ale cała genealogia Habsburgów to galimatias przy której Moda na Sukces blednie niczym supermodelka na widok pączków. A w tym serialu są przecież postacie które się dziadkami własnych matek!). Ale Filip zawsze wiedział najlepiej i po Elżbiecie de Valois, matce Izabeli Klary, czyli żonie nr 3 (nr 2 była Maria angielska vel krwawa), ożenił się z Anną Austriacką, która z jednej strony była jego siostrzenicą (córką jego o rok młodszej siostry) a z drugiej – wnuczką brata jego ojca. Niezły bordello co? Ostro się napociłam przy rozrysowywaniu tego wszystkiego żeby dokładnie ustalić kto z kim. Nota bene żona nr 4 dała wreszcie Filipowi następcę. Ale ta dynastia Habsburgów zdegenerowała się pronto i wygasła na trzecim pokoleniu w osobie makabrycznego Karola III, śliniącego się permanentnie człowieka – żuchwy. 

                Przepraszam za monstrualną dygresję, ale ten temat fascynuje mnie dosyć chorobliwie i kiedy mam okazję o nim nagadać to nie potrafię sobie darować. W każdym razie… Izabela Klara. Tak. 

                Tatuś, czyli Filip II, teoretycznie miał mały powód do zachwytów nad narodzinami córki. Miał tylko jednego syna, debila który, no way pani Basiu, nie mógł zasiąść na tronie. A więc dziewczyna go stanowczo nie urządzała. To że przezwyciężył swoje Habsburskie parcie na dziedzica i tak się ucieszył z córki oznacza tylko jedno: miłość od pierwszego wejrzenia. And so it was. Klarcia pozostała ulubionym dzieckiem Filipa, nawet kiedy ten doczekał się wreszcie następcy. Ten notoryczny mruk i ponurak, który uśmiechał się równie często co Kłapouchy i był wobec bliźnich zimny niczym zadek Amundsena na dowolnym biegunie, dla Izabeli Klary był czułym i kochającym tatusiem. Na dodatek nie traktował jej jak pieścidełko, tylko jak partnera.  Tylko jej pozwalał ze sobą pracować i dopuszczał do największych tajemnic politycznych. Klarcia była jego etatową sekretarką – sortowała dokumenty i tłumaczyła na hiszpański pisma z niekhiszpańskojęzycznych posiadłości korony. Filip najwyraźniej uważał, że tak wybitna kobita jak jego najstarsza córka nie może po prostu „zostać żoną”, że powinna rządzić, królować! Divide et impera bardziej niż potulne ora et labora. Izabela Klara jako jedna z niewielu kobit – Habsburgów miała więc okazję nie być traktowana przedmiotowo. Filip zaręczył ją co prawda z dosyć pokieranym arcyksięciem Rudolfem (jej kuzynem a jakże) gdy miała dwa lata. Ale po trwającym dwie dekady narzeczeństwie niedoszły pan młody obwieścił że on to się żenić nie zamierza, w ogóle, z nikim, bo woli polowania, kabałę i rzucanie się z nożem na poddanych, a na dodatek boi się pewnej przepowiedni. Klarci się upiekło (Rudolf był naprawdę ostro szurnięty a zaawansowana kiła mu nie pomagała) a kochający tatuś zaczął szukać dla niej tronu. Najpierw chciał wysiudać z Anglii Elżbietę I i wcisnąć córę na jej miejsce, ale wielką Armadę trafił szlag i nic z tego nie wyszło. Potem kombinował jak mógł żeby została królem Francji i… prawie się udało. Parlament francuski uznał nawet Izabelę za władczynię pomimo obowiązującego prawa salickiego (czyli że baba nie może rządzić) ale w końcu zdarzył się Henryk IV i o Francji też trzeba było zapomnieć. Czas płynął, Klarcia dobijała 30 a Filip coraz bardziej słabował. Trzeba było w końcu zabezpieczyć córeczkę co by nie poszła na zmarnowanie. Trzy ostatnie lata swojego życia, spędzone na leżeniu w łóżku z widokiem na ołtarz i stopniowego rozkładania się (puchlina wodna, podagra, wrzody i inne takie) poświęcił Filip na kombinowanie kogo by tu dla Izabeli, która jako jedna z nielicznych nie brzydziła się go co dzień pielęgnować. I wymyślił. Kuzyna i syna kuzynów oczywiście. Albrecht, bo o nim mowa, znał Izabelę od dziecka. Co prawda był księdzem, mało tego – był arcybiskupem, prymasem, legatem papieskim i Wielkim Inkwizytorem – ale na prośbę umierającego wuja rzucił to wszystko w diabły, dostał dyspensę i hajtnął się z Izabelą. Nie ma to jak żarliwa wiara. Młoda (ona 33 lata on – 40) para dostała namiestnikostwo hiszpańskich Niderlandów. Klarcia wreszcie miała własny tron. No dobra, razem z mężem, ale Albrecht raczej współpracował grzecznie zamiast podskakiwać. Co prawda na froncie potomstwa wystąpił łatwy do przewidzenia FAIL: cała trójka dzieci zmarła wkrótce po urodzeniu; ale w kwestii rządzenia Izabela i Albrecht sprawdzili się wyśmienicie. Niderlandy przeżyły dzięki nim swoją „złotą erę” a dwór niedoszłej królowej i byłego księżula aż pękał od wielkich artystów i tym podobnych. Kiedy mężulek fiknął w 1621, Klarcia dalej mega skutecznie zarządzała, choć już samodzielnie i w habicie, Klarysek od wieczystej adoracji, a co.  Mała, poważna dziewczynka z portretów, tak licznie zamawianych przez kochającego tatusia, spełniła pokładane w niej nadzieje. Niech Hiszpania pluje sobie w brodę że zamiast niej wpuściła na swój tron syna i wnuka kuzynów co wziął za żonę nieco odleglejszą kuzynkę. Eh.


sobota, 30 lipca 2011

Blade lico i namiętne usto pobożnej Eleonory


               Można sobie marudzić że współczesne bachory taszczą do szkoły ważące tonę tornistry, że rodzice je torturują seriami zajęć pozalekcyjnych, karmią syfem z fastfudów, nie czytają bajek a w zamian każą im patrzeć jak grają z kolegami w God of War. Kiedyś jednak było o wiele gorzej i nawet wysoki status społeczny nie chronił  przed dzieciństwem które dziś w try miga uznanoby za patologiczne. Można nawet zaryzykować tezę że bachorki arystokracji miały o wiele bardziej przerypane niż np. mieszczaństwa. I to z kilku powodów. Po pierwsze: ciuchy (kiedyś opowiem o tym obszerniej, obiecuję) – sztywne, niewygodne i wręcz nieludzkie stroidła, miniatury tych „dorosłych” z gorsetami, krezami i całym arsenałem środków uniemożliwiających swobodne bieganie, czy nawet odrobinę łobuzowania. Wbijano w nie małe książątka i hrabinki kiedy tylko nauczyły się jako tako chodzic. Po drugie: małżeństwa. Dziecko szlacheckie było przede wszystkim potencjalną żoną lub mężem, mającym/ą zawrzeć korzystny dla rodu związek. To był najwyższy cel jego klajniaczej egzystencji. Rodzice bardzo rzadko brali udział w wychowaniu swoich dzieci i ograniczali się do wydawania rozkazów oraz decydowaniu o ich przyszłości. Przytulanki raczej nie wchodziły w grę i to nie tylko z uwagi na monstrualne odzienie. Po trzecie: lekarze. Właśnie tak. Można odnieść wrażenie że kiedyś lekarze zajmowali się głównie wykańczaniem pacjentów. Ich ulubionymi sposobami „na wszystko” było podawanie środków wymiotnych albo przeczyszczających i puszczanie krwi. Dzieci królów i biedoty chorowały po równo, ale tylko te pierwsze dobijano „staranną opieką lekarską” (dość przypomnieć historię przyszłego Ludwika XV który przetrwał choróbsko które zabiło jego braci i rodziców tylko dla tego że jego opiekunka zabarykadowała się z nim w komnacie, chroniąc się przed dworskimi lekarzami). Niższe warstwy rzadko było stać na medyka więc albo obchodziły się bez niego, albo na swoje szczęście trafiały do znających się na ziołach znachorek.
                No ale czas najwyższy wrócić do Eleonory (1598 – 1655), która w kwestii dzieciństwa miała wybitnego farta. Była zdrowym, silnym dzieckiem bez żadnych deformacji i oszpeceń. To już duże fory biorąc pod uwagę kondycję ówczesnej arystokracji uwielbiającej hajtać się z własnymi siostrzenicami tudzież wujami. Była najmłodszym dzieckiem  księcia Mantui i jego żony Eleonory Medycejskiej, i jako najmłodsza miała największy luz. Gromada starszego rodzeństwa wydawała się gwarantować przetrwanie RODU, książę mógł rozluźnić zadek  w kwestii zamążpójścia Elusi. Mantua była wówczas wielkim centrum kulturalnym  więc mała księżniczka wyrastała w bardzo sprzyjającej atmosferze. Dość wspomiec że ten pierwszy portret w czerwonej kiecuchnie jest podobno autorstwa Rubensa („przytulonego” przez mantuański dwór) a ten drugi (z niemiłosierną krezą a właściwie kołnierzem tzw. medycejskim o ile się nie mylę) - Fransa Porbusa II. Trzeba przyznać że z wydaniem Eleonory za maż wcale się nie spieszono. Przed ołtarzem stanęła dopiero w ocierającym się o staropanieństwo wieku lat 24. Ale za to z jaką partią! Najmłodsza córka mantuańskiego księcia zaliczyła gwałtowny upgrade i została cesarzową. Niezły interes jak na ostatnią w kolejce latorośl. Co prawda pan młody był „z odzysku”, o dwie dekady od niej starszy a co gorsza był Habsburgiem, ale za to rządził Czechami, Węgrami oraz świętym Cesarstwem Niemieckim. Plus miał już kilkoro dzieci z poprzedniego małżeństwa, w tym dwójkę  synów, więc habsburskie zabójcze dla kobit „parcie na dziedzica” zostało Eleonorze oszczędzone. I tak zamiast rodzic własne (zmarła bezdzietnie) młoda cesarzowa matkowała cudzym, acz mężowym więc teoretycznie też swoim. Nie oszczędziła jej za to druga obsesja Habsburgów – obsesja gromadzenia terytoriów. Z czasem okazało się że zamiast wpływów i ogólnego dobrodziejstwa „cesarskie małżeństwo” przyniosło księstwu Mantui (TADADADA!) zagładę. Jak? Ano tak: zmarł tatuś Eleonory a po nim w przeciągu 15 lat wszystkich jej 3 braci, którzy po kolei zasiadali na tronie i po kolei opuszczali ten łez padół bez spłodzenia męskiego potomka. Z tegoż powodu w 1630 tron opustoszał i zaczęła się rozróba, bo każdy kto miał nawet cień pretensji do niego ruszył do boju. Najbardziej skuteczny okazał się oczywiście Habsburg, czyli osobisty mąż Eleonory. Przez małżeństwo z księżniczką zyskał, mgliste ale zawsze, prawa do księstwa. Oczywiście, jak to Habsburg, ani myślał się opindalac i bawić w negocjacje tylko wysłał do Mantui armię, obległ miasto, spokojnie poczekał kilka miesięcy aż mieszkańców zdziesiątkuje szalejąca wówczas  za murami zaraza po czym zdobył je, spalił, złupił oraz  rozdyźdał w tę i nazad.  A biedna Ela musiała się pogodzić z tym że jej ojczyznę szlag trafił pośrednio z jej powodu. Nie dziwota że po takim mega FAILu poświęciła się dobroczynności i religii. Ufundowała kilka klasztorów i zamiast gadac z tym bucem Habsburgiem wolała leżec krzyżem w pałacowej kaplicy. Na szczęście małżonek był uprzejmy umrzeć w 1637 więc Eleonora przez prawie dwie dekady mogła żyć sobie swobodnie, jako wdówka. 


Na koniec kilka słów o portretach. Uwierzcie lub nie, ale Eleonora była powszechnie uznawana za wyjątkową piękność. O ile trudno to zrozumieć patrząc na portret dołączony do dwóch z czasu dzieciństwa (bo widać na nim głównie ogromniastą krezę) czy dwa portrety pełno postaciowe (bo widać na nich głównie majestat sukni oraz pieski) to przy najniższym obrazku sprawa robi się w miarę jasna. Przynajmniej dla mnie. Trzeba pamiętać że w tamtych czasach kryteria piękności był skrajnie odmienne od dzisiejszych. W świecie pełnym księżniczek dziobatych po ospie, szczerbatych, kulawych, albo przynajmniej wyposażonych w charakterystyczne żuchwidło odziedziczone po jakimś krewnym Habsburgu, nauczono się doceniać szczegóły. I to każdy z osobna. Na przykład jeśli dama miała krągłe ramiona o białej skórze to za nie ją wychwalano i wielbiono, przymykając oczy na krótkie nóżki tudzież braki w uzębieniu. Eleonora, co widać na moim ulubionym portrecie obok, miała piękną porcelanową cerę, duże błyszczące oczy i zmysłowe usta. Na dodatek nie była ułomkiem a w tamtych czasach, szczególnie w Italii, ceniono kobity co to mają czym odetchnąć i wyglądają na dobrze odżywione. Na wszystkich dorosłych portretach nasza Eleonora zakuta jest w najszykowniejsze suknie w stylu hiszpańskim, podkreślające majestat i zasłaniające niemal  wszystko inne. Zwierzę się, że mnie zawsze kojarzyły się z pancerzami owadów, szczególnie te z początku wieku XVII ze sztywną baskiną.

środa, 27 lipca 2011

Kuba, ruchy niegodne filozofa i co z nich wynikło, czyli krótka opowieść o Jakubie Szkockim i jego dzieciach.



      Na pierwszy ogień pójdzie Jakub (1566 – 1625) – niewzględny chłopczyk, młodzieniec i dziad z portretów powyżej. Szczególnie lubię jego podobiznę jako ośmiolatka, z sokołem, szpadą, krezą, zawadiackim pękiem piór na berecie i w przypominającym pancerz kaftanie. Stoi sobie, bladawiec wymoczkowaty, w prawie baletowej pozie i ma dokładnie taki sam wyraz twarzy jaki będzie miał przez calusieńkie życie – obojętny a zarazem skupiony, bez cienia uśmiechu. Jakub był owocem nierozsądnej miłości Marii Stuart i ślicznego lorda Darnleya, któremu woda sodowa uderzyła do głowy w tak spektakularny sposób że szybko z ukochanego przeistoczył się w major pain in the royal arse. Odkochana Maria zmuszona była unieszkodliwić go ostatecznie – gdy Jakub miał 7 miesięcy jego 22 letni tatuś zginął w niewyjaśnionych okolicznościach i koszuli nocnej. Skutek wyżej wymienionej eliminacji był taki, że Marię zmuszono do abdykacji i uwięziono, a Jakub w dojrzałym wieku 13 miesięcy został koronowany na króla Szkocji. Wychowany przez obcych ludzi wyrósł w przekonaniu że Marii „należało się” i raczej nie kwapił się do odwiedzin. Kiedy mamusia kładła głowę pod katowski topór wzdrygnął się lekko, ale ze zleceniodawcą egzekucji – ciocią Elżbietą I – ani myślał się z tego powodu sprzeczać. Myślicie może że kiedy kilka lat później urodziła mu się córka to dał jej na imię Maria? A skąd. Nazwał ją Elżbietą, na cześć rudej ciotki, która już za niedługo miała czeznąc bezpotomnie i ustąpić mu angielskiego tronu. Swoją drogą to że Jakub doczekał się jakichś dzieci graniczy z cudem. Facet podobno kompletnie nie interesował się kobietami, ale za to miał wysoko rozwinięte poczucie świętego królewskiego obowiązku w związku z czym potulnie dał się wydać za Annę Duńską (miłośniczkę jebutnych kiecek na fortugałach  – ale o tym kiedy indziej). Zapładniał ją, skutecznie choć niechętnie, co najmniej 12 razy ale tylko trójka potomków przetrwała poród i dzieciństwo. Złośliwi plotkowali, że król woli chłopców i że ze swoimi licznymi faworytami nie tylko poluje ale i się tarmosi po kątach. Jednak najprawdopodobniej Jakub po prostu brzydził się seksem, uważając go za przykrą konieczność dynastyczną. Był cholernie pruderyjny, głośno potępiał sodomię i wszelkie nieprzyzwoite praktyki. Miał obsesję na punkcie boskości królów więc stawiał sobie wysokie wymagania i najprawdopodobniej nigdy nie gził się z kolegami. Wymoczkowaty Kubuś miał jeszcze jedną obsesję, dosyć obrzydliwą – diabelnie bał się czarownic. Osobiście uczestniczył w wielu procesach o czary a nawet nadzorował tortury podejrzanych pilnując żeby kaci sumiennie wyciskali zeznania zapewne. Ciekawa rozrywka, prawda? Poranna toaleta, filiżanka bulionu, msza, narada dworska a potem huzia do lochów patrzeć jak łamią kołem Kowalską z Pcimia Dolnego. Obeznany w temacie napisał nawet książkę o tym jak te zaprzedane szatanowi cholery rozpoznać i skutecznie karać. Z czasem zwątpił nieco w nieomylność sądów ale procesów nie zakazał. Poddani najwyraźniej nie mieli mu tego za złe bo kiedy zmarł, zdemenciały i już od co najmniej roku nie pamiętający jak się nazywa, płakali po nim rzewnie. A teraz czas na dzieci Jakuba:




     Henryk, książę Walii (1594 – 1612). Najwyraźniej Jakub uznał, że wychowywanie się bez matki to fajna sprawa bo jak tylko urodził mu się syn zwinął go żonie sprzed nosa i oddał pod opiekę jednemu z faworytów. Zszokowanej Annie oznajmił, że nie życzy sobie aby „zaraziła” dzieciaka katolicyzmem. Henryk wychowywał się z dala od rodziców i zapewne dlatego wyrósł na przebojowego, miłego chłopaka o dużym poczuciu humoru. Oprócz tenisa, w którego grał niemal nałogowo (jego zamiłowanie do tzw wysiłku fizycznego uwieczniono na środkowym portrecie, na którym zaraz upitoli łeb jeleniowi), Henryk wykazywał zainteresowania wymarzone dla przyszłego króla. Pasjonowała go polityka, wojsko, religia… szkoda tylko że we wszystkich tych dziedzinach kompletnie nie zgadzał się z ojcem, który go za to serdecznie znienawidził. Coraz bardziej popularny wśród poddanych Henryk i coraz bardziej wymoczkowaty oraz zgorzkniały Jakub żarli się o wszystko, bez przerwy. Stężenie wzajemnego wkurwu stało się wreszcie tak wysokie, że panowie potrafili publicznie na siebie nawrzeszczeć, albo wyjechać jeden drugiemu z liścia. Niestety Henryk, który zapowiadał się na całkiem dobrego władcę (i którego pewnie by nie ścięto, jak to uczyniono z jego młodszym bratem) był nagle fiknął na tyfus w wieku lat 18. Jakub nie pofatygował się na pogrzeb, gdyż „chronicznie nie znosił pogrzebów”. 



Elę (1596 – 1662) także wywieziono daleko od dworu, zaraz po narodzeniu. Fundując jej w ten sposób bardzo szczęśliwe dzieciństwo z dala od toksycznych rodziców. Uwielbiam jej dziecięcy portret w ogromniastej fryzurze i kiecce z wspaniałym haftem. Fajnie kontrastuje z jej późną podobizną, spokojną, jednolitą. Widać że na jednym mamy pannę na wydaniu a na drugim wdowę która ma już wszystko w dupie i nie zamierza się katować odzieniem. Jako 9 latka Anna o mało nie została królową Anglii po tym  jak spiskowcy, którym spektakularnie nie wyszedł tzw. „gunpowder plot”, wymyślili sobie porwać ją i osadzić na tronie. Plany spaliły na panewce (sic!) a spiskowców powieszono oraz poćwiartowano, jak to było w ówczesnym uroczym  zwyczaju. Anna zamiast królować wyszła za mąż za elektora Palatynatu Reńskiego, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Państwo młodzi bowiem, mieli nieprawdopodobne szczęście zakochać się w sobie szczerze i dozgonnie. Mężulek okazał się tkliwym romantykiem, adorował Annę ile wlezie, zbudował dla niej małpiarnie, zwierzyniec i wspaniały ogród w stylu włoskiego renesansu. Wdzięczna i rozanielona Ania urodziła mu 13 dzieci a po jego śmierci olała szerokim łukiem wszelkie propozycje matrymonialne.




Karol I (1600 – 1649) czyli ten którego skrócono o głowę. Jak jego babcię. Królem został przez przypadek i z zaskoczenia. Był kompletnie do tej roli nieprzygotowany i nic dziwnego że poległ haniebnie. Materiał na władcę był z niego żaden. Zacznijmy od tego że był wybitnie słabowitym bachorkiem, do 3 roku życia nie mówił i nie chodził, rodzina prawie go nie widywała zdając się całkowicie na opiekującą się nim na niańko – pielęgniarkę. Biedaczyna wielbił swojego starszego brata, marzył o tym żeby być taki jak on. Niestety, choć z czasem przestał chorować i kuleć to u progu dorosłości przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy: chorobliwie nieśmiały kurdupel (164 i ani centymetra więcej!) i jąkała o twardym szkockim akcencie. Na dodatek był strasznie szorstki w obejściu, wstydził się rozmawiać z ludźmi więc warczał i mamrotał nigdy nie patrząc w oczy. Podobno nigdy się nie uśmiechał, za to nosił kolczyk w lewym uchu. Kiedy miał okazję wreszcie się wyluzować sięgał po pędzel (podobno całkiem nieźle malował) albo bardzo kompetentnie szarpał violę. Tak jak tatuś bał się kobiet. Żony, pięknej siostry Ludwika XIII nie zdradzał wcale co skutecznie podsycało plotki o jego rzekomym gejostwie. Od kiedy został królem non stop szarpał się z parlamentem, babrał się ( z katastrofalnym skutkiem) w kwestiach religijnych oraz dusił poddanych coraz to nowymi i bardziej fantazyjnymi podatkami. Czym się to skończyło – wiadomo. Karol stracił głowę jakiś czas potem został uznany za JEDYNEGO świętego kościoła anglikańskiego, którym pozostaje do dziś.