piątek, 22 lipca 2011

konik na biegunach i obrączki

    Ta para nie wygląda na radosne dzieciaczki, prawda? Tak, są odziani w najbogatsze i najmodniejsze w ich okolicach ciuszki; obhaftowane, obszyte, tudzież obwieszone złotem. Ale to nie dla ich przyjemności. Po prostu ma od razu być jasne, że to potomkowie RODU i że żadne pitu-pitu nie wchodzi w grę. Koniec drewnianych koników, laleczek czy takich tam – interes RODU upomniał się po tę dwójkę klajniaków, które od teraz  mają zachowywać się godnie. Oraz posłusznie. 
    Chłopiec ma na głowie wianek (niezłe złotnicze cacko, swoją drogą) a to, jak mówi mi internet oraz papier, oznacza tematykę zaręczynową. Na dodatek do machania pędzlem zatrudniono samego Cranacha Starszego. Czyli najpewniej mamy parę narzeczonych, na oko nawet nie nastoletnich. Nic dziwnego że są trochę zdębiali, a odświętne ciuszki (zapewne równie niewygodne co modne, szczególnie sznurowana i rozcinana „na zagięciach” suknia dziewczynki) uwierają ich niemiłosiernie. Swoją drogą zawsze podobały mi się ich cienie uśmiechów sprawiające że dzieciarnia ma minę jakby miała ochotę uciec przez okno i coś zmalować. Ale to ciemne, jednolite tło, ta masa brązów i czerwieni sprawiają, że powaga sytuacji przytłacza je i skutecznie usadza w miejscu. Eh, nie miały lekko dzieci WIELKICH RODÓW. Showbiznes i polityka powinny być dozwolone od lat 18 bo wcześniej solidnie ryją psychikę – wystarczy spojrzeć na makabryczny uśmiech Britney (wygląda jak opętany zombie, sory, boję się jej). 
    Anyways, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, bo pewności nie ma, że na wyżej wymienionych portretach widzimy Jana, księcia Saksonii oraz jego „wybrankę” Elżbietę. Jest też wątek polski bo matką Jana była Barbara Jagiellonka, córka naszego Kazimierza IV. Tatuś zaś był saskim księciem o imieniu Jerzy i  miał wielkie brodziszcze a od niego przydomek. Z ojcem przyszłej panny młodej zgadał się kiedy Janek miał 7 lat a Ela raptem 3.  Niecałą dekadę później parę pognano do kościoła w strojach zapewne jeszcze bardziej odświętnych i niewygodnych jak te na portrecie. Jan podobno wyrósł na lenia i świszczypałę, który choć był intensywnie wdrażany do rządzenia przez tatusia to od dekretów wolał imprezy i wino. Ela okazała się inteligentnym i rezolutnym dziewczęciem z dużym parciem na wiedzę. Niestety z czasem stała się zagorzałą luteranką co skutecznie skłóciło ją z teściami, którzy grali w drużynie papieskiej i nie tolerowali odchyłów. Jej próby przekabacenia męża spełzły na niczym, tak samo jak próby sprokurowania potomków. Nadszarpnięty ciągłym imprezowaniem Jan zmarł przed czterdziestką, w 1537. Ela przeżyła go o prawie 20 lat, rozsądnie trzymając się z dala od saskiego dworu i instytucji małżeństwa.

środa, 13 lipca 2011

załącznik

W ramach załącznika – portrety dzieci brzydkiej Włoszki z poprzedniego wpisu. Nie wszystkich, tylko tych które coś zdziałały (i trochę pożyły) i których portrety dziecięce udało mi się wygrzebać. 


Franciszek (1544 – 1560) oraz jego żona Maria Stuart (1542 – 1587). Franciszek to ten rachityczny chłopczyk który po spektakularnym zgonie ojca został królem. „Dorosłego” portretu nie ma, bo biedaczek nie dożył. Jest za to słodka Marysia, z którą go hajtnięto gdy miał cztery lata. Młoda para wychowała się razem na francuskim dworze i ponoć bardzo  ale to bardzo się lubiła choć Franek był cherlawy i dukający a Marysia wysoka i wygadana. Franek padł na infekcję ucha po 18 miesiącach tronowania. Marysia wróciła do Szkocji a co  było dalej wiadomo (wredny mąż, zazdrosna kuzynka, główka precz z karku).


Ela (1545 – 1568), najstarsza córka. Nieśmiała, skromna, cichutka, grzeczna i potulna. Konformistka do bólu, przekonana że „starsi zawsze wiedzą lepiej” a przy tym miła dziewczyna a nie jakaś socjopatka chowająca się po szafach. Z takim zestawem cech idealnie nadawała się na hiszpański dwór –  niemiłosiernie wysztywniony i smętny. Najpierw usiłowano ją wydać za infanta (nota bene furiata) ale koniec końców została żoną jego tatusia, króla Filipa II . Filip tak ją polubił że aż odstawił kochanki, rozluźnił etykietę i może nawet czasami się uśmiechnął. Niestety, jak to Habsburg, miał niemiłosierne parcie na dziedzica. Po 4 latach wypełnionych porodami (2 córki ) i poronieniami (2 bliźniacze córki i syn) Ela nie zdzierżyła i wyzionęła ducha. Jej matka błyskawicznie i ultrataktowie zaproponowała Filipowi kolejną córkę, Małgorzatę. Na swoje szczęście odmówił.


Karol (1550 – 1547). Też król, od 10 roku życia. Słaby, chorowity i fatalnie zdominowany przez mamusię która rządziła za niego. Jako jedyny z braci spłodził syna, jednego i niestety nieślubnego. Najlepiej wychodziło mu polowanie o którym napisał nawet całkiem dobrą (podobno) książkę „Le Chasse Royale”. Po masakrze nocy sw. Bartłomieja kompletnie sfiksował a jakiś czas później zmarł wykończony przez histerię i galopujące suchoty.


Henryk (1551 – 1589) mój osobisty faworyt. Naprawdę miał na imię Aleksander. Król Francji i przez chwilę także Polski, biseksualista a przy tym radosny fetyszysta. Lubił przebieranki w damskie ciuszki, nosił po kilka kolczyków w jednym uchu, obwieszał się drogimi kamieniami i posypywał brokatem, czym spowodował solidny szok kulturowy u Panów Szlachty. On z kolei zszokował się w Polsce wszechobecnymi wychodkami (w Luwrze srało się do kominków), nowoczesnymi łaźniami i widelcami (tak, tak to od nas widelec trafił na zachód). Ulubieniec mamusi, w przeciwieństwie do braci przystojny, zdrowy i tryskający energią. Od polowań wolał szermierkę, sztukę i czytanie książek. A na dodatek jako jedyny nie dał sobą sterować Katarzynie. W wieku lat 9 ciu uznał że ma w dupie Papieża i że będzie protestantem. Odmówił chodzenia na mszę, wrzucił godzinki małej Margot do kominka a nawet utłukł nos figurze świętego Pawła zanim matka stanowczo wyperswadowała mu herezję. Jako król starał się jak mógł ale sprawa była już dawno przegrana. Dorobił się tylko biedaczek hemoroidów stercząc nad papierzyskami. Dziedzica nie sprokurował, ale przynajmniej wyznaczył dobrego następcę. Zmarł od zatrucia żelazem, czyli od rany kłutej zadanej przez zamachowca. 


Franciszek Młodszy (1555- 1585). Temu to dopiero nie szło. Nie został królem, jego zabawa w wodza zakończyła się pogromem a notoryczne spiskowanie przeciw braciom – figą z makiem.  W nadziei na jakikolwiek tron ruszył w konkury do menopauzalnej Elżbiety I. Owszem, poszło mu nieźle bo odbył się gorący romans – Ela nazywała go „swoją żabką”, pisała o nim ładne wiersze i rumieniła się jak pensjonarka (choć był raczej rozmemłany z wyglądu a na dodatek dziobaty) – ale tronem podzielić się nie raczyła. Wkurzony i niespełniony Franciszek zmarł wreszcie na malarię, czy coś w tym guście. 



Małgorzata  (1553 – 1615). Czyli osławiona Margot. Ładna dziewczynka, niestety potem geny mamusi dały o sobie znać i zrobił się z niej kaszalot pełną gębą. Zafundowano jej ślub z niechcianym Henrykiem Nawarskim a 6 dni potem masakrę przybyłych na tę okazję Hugenotów. Sweeet. Podobno nimfomanka i podobno bardzo inteligentna. Pisała bardzo skandaliczne pamiętniki oraz  wiersze, w przerwach między sypianiem z kolejnymi kochankami. Miała słabość do szałowych kiecek, dziś pewnie opisałoby ją jako trendsetterkę albo coś takiego. Szła pod prąd skutkiem czego pokłóciła się z rodziną (Henryk III zamknął ją nawet w areszcie domowym na kilkanaście lat) oraz poddanymi. Po 27 latach udało się jej uzyskać  unieważnienie małżeństwa. Własnych dzieci nie miała więc na starość zajęła się wychowywaniem potomstwa byłego męża i jego nowej żony, tępawej Marii Medycejskiej.

niedziela, 3 lipca 2011

Brzydka włoszka i polityka

Tak, tak proszę Państwa – ta dziewczynka na zdjęciu obok to (najprawdopodobniej) młodziutka Katarzyna Medycejska, przyszła królowa francuska. Historia zrobiła jej PR czarniejszy niż najniższe pokłady kopalni Wujek. Że zimna, wredna i okrutna jak sam bies, że córek nie kochała wcale a synów aż za bardzo, że truła czym się dało i kogo było trzeba. Toksyczna matka, fatalna władczyni i ogólnie „to zła kobieta była”.  A ja tam lubię Kasię, tak jak lubię poniższe rysunki (w większości wykonane przez Clouetów albo ich pomagierów) – dziewczyna całe dzieciństwo i młodość miała ostro pod górkę to i zhardziała. Przynajmniej nie była nudna. Zaczęło się od tego, że miała własnych rodziców przez: mamę niecałe dwa tygodnie a tatę o prawie miesiąc dłużej. Zdania w kwestii czy za taką sytuację należało winić jedną z licznych available at the moment zaraz czy nieco bardziej skandaliczny syfilis, są podzielone. W ciągu następnych 14 lat była przerzucana od krewnych do krewnych, wzięta jako zakładniczka przez zbuntowanych Florentczyków (regularnie wożono ją na ośle po ulicach żeby motłoch mógł sobie popluć, porzucać i pogrozić Medyceuszom) a w końcu swatana przez samego papieża. Rzeczony papież był oczywiście jej wujem, bo popularne wówczas na mariażowym rynku Europejskim włoskie księżniczki składały się z marnego pochodzenia (świeżo uszlachceni bankierzy, kondotierzy i tacy tam), bajecznego posagu i krewnego papieża albo chociaż kilku wujków kardynałów. Taki Deal.   
Katarzynę wyswatano z młodszym synem króla Francji – Henrykiem. Biedaczka zakochała się w try miga i dozgonnie, niestety Henryk wprost przeciwnie. Fakt, Kasia była brzydkawa, miała wyłupiaste oczka i niemodną ciemną karnację a na dodatek kochany wujcio Medici nieszczęśliwie był sczezł a nowy papież odmówił wypłacenia ogromnego posagu. Całe małżeństwo Katarzyny było pasmem upokorzeń. Non stop wytykano jej niskie pochodzenie i brak obiecanej kasy, poniżano i obrażano ile wlezie. Mąż zabujał się niemożebnie niejakiej Dianie (dwadzieścia lat od niego starszej) i to ją traktował jak żonę, do końca swojego życia. Z Kasią sypiał tylko dlatego że kochanka mu to nakazała. Przez pierwszych dziesięć lat po ślubie Katarzyna nie mogła zajść w ciążę co tylko pogarszało jej sytuację. Nie dość że brzydka, goła jak święty turecki i parweniuszka to jeszcze bezpłodna, TFU! Ale potem worek się rozwiązał i zamiast rozwodu było 10 dzieci. Na dodatek melancholijny Henio został królem (jego starszy brat zmarł niespodziewanie i oczywiście uznano że został otruty, przez jednego z dworaków Katarzyny. W ogóle trucicielstwo uznawano za narodowe hobby Italii.   Jak tylko ktoś fiknął ździebko nieoczekiwanie a w promieniu 100 kilometrów był jakiś Italczyk/Italka to wiadomo było kogo winić. Katarzynę notorycznie oskarżano o takie poczynania – kto widział „Królową Margot”, albo poczytał trochę, ten wie). Koronacja niewiele zmieniła w życiu Kasi, którą wciąż poniżano i odsuwano od władzy. Dopiero kiedy przeciwnik turniejowy wraził Henrykowi (potykającemu się w barwach rodowych Diany, a jakże) odłamek lancy w oko sytuacja uległa zmianie. Wdowieństwo bardzo jej posłużyło, może dlatego żałobę nosiła do końca życia hę? Z zahukanego kopciuszka nagle wylazła lwica. Katarzyna została regentką i kumulowana przez tyle lat energia eksplodowała niczym bomba na atolu Bikini. Gen nadambitnych, zawziętych jak cholera Medyceuszy doszedł do głosu. Kasia po kolei usadzała swoich synów na tronie (rządząc de facto za nich) a córki  rozstawiała w rolach królowych po innych ważnych dworach europejskich. Tak, była wściekle zaborcza, bezwzględna i zamiast o kraju myślała o interesie własnego rodu. Tak, zafundowała Francji noc świętego Bartłomieja. Ale tron dla synów utrzymała, choć była to operacja skomplikowana niczym ukatrupienie Osamy. A poza tym spopularyzowała noszenie bielizny (czegoś na kształt wielgachnych majtek), wysokich obcasów, jedzenie lodów i karczochów oraz  wymyśliła jazdę w siodle „damskim” (uwielbiała polować). I jak tu jej nie lubić? 

a na zdjęciach: młodziutka Katarzyna, starsza Katarzyna, Henryk oraz Diana (już lekko nieświeża, bo w młodości podobno była piękna, ale wciąż totalnie uwielbiana przez Henryka który może i był melepetą i chamem, ale na pewno nie dyskryminował ze względu na wiek).

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Kaśka nie odpuszcza i już


Tym razem będzie o młodszej siostrze Joanny („nie do końca szalonej”), którą to siostrę wywiało z Półwyspu Iberyjskiego aż do Anglii. Czyli o Katarzynie Aragońskiej. Tak jak starsze rodzeństwo, Kasia odebrała ultrasolidne wykształcenie – żadne tam piaciorki i haftowanie, tylko języki obce, teologia, geografia, historia i w ten deseń. Trochę kiepsko że nie nauczyli jej angielskiego, skoro od dzieciństwa była zaklepana dla angielskiego następcy tronu, słabowitego Artura z debiutującej na tronie dynastii Tudorów. Nie zapodano jej także kursu z angielskiej etykiety dworskiej (bardzo różnej od tej hiszpańskiej - ciężkiej jak ciężarówka słoni i sztywnej jak rozgrzany do czerwoności żelazny pręt w zadku Edwarda II). Duuuży fail. I tak, mocno nieletni państwo młodzi pobrali się by Proxy, a przez następne trzy lata korespondowali.W łacinie. Wreszcie Kasię zawezwano do Londynu. I właśnie wtedy namalowano portret co go tu gdzieś obok zamieszczam. Wspaniały prawda? Taka rezolutna, spokojna dziewczynka, w ciężkiej biżuterii i czepcu niczym aureola. I ten leciuteńki cień uśmiechu – cudowny. Kasia, tak jak jej siostry, uważana była za cud piękności – jasna cera, jasne rudawe włosy, niebieskie oczy…  cukiereczek normalnie. Słabowity Artur musiał być mocno ucieszony. Szkoda tylko że jego słabowitość uniemożliwiła ekhem skonsumowanie.
Po roku Kasia została wdową. A że odsyłanie jej (czytaj "jej posagu") byłoby wielce nieekonomiczne, postanowiono hajtnąć 17 letnią wdówkę z 11 letnim bratem Słabowitego – Henrykiem. Ze względu na nieskonsumowanie oraz szacunek dla rodziców wdowy (tfu, już nie wdowy tylko narzeczonej) papież bez strzelania fochów dał dyspensę. Trochę to trwało więc Henryk konsumując Katarzynę był już (ledwo co) pełnoletni. Kasia była pewnie przekonana że złapała pana Boga za nogi - w końcu wymieniła cherlaka na adonisa. Łagodnego wymoczka na silnego młodzieńca jak malowanie, który namiętnie gra w tenisa, pisze wiersze i muzykę, opowiada takie dowcipy że arcybiskup Canterbury dostaje kolki na przemian z oburzenia i ze śmiechu. Skąd miała wiedzieć biedaczka że za niecałe trzy dekady będzie się z nią intensywnie rozwodził wielki, wzdęty kaszalot z fiksacją na punkcie własnego EGO i popędem seksualnym wyposzczonego królika. Masakra. Problem Kasi polegał wyłącznie na tym, że kiepsko jej wychodziło rodzenie dzieci, szczególnie chłopców. W sumie sprokurowała tylko Marię (przyszłą Krwawą) a puchnący od żarcia, napitków i paranoi na punkcie dziedzica Henryk uznał to za osobistą zniewagę. Co było potem – wiadomo. Anna Boleyn, plucie w oko Papieżowi, unieważnienie małżeństwa i dalej w ten deseń. Inna sprawa że Henryk miał twardego przeciwnika. Kasia może i się roztyła od ciąż i zgryzot, ale wciąż była bystrą laską. Podobno wiele razy zabijała Henrykowi i jego doradcom klina podczas rozprawy, była lepiej od nich przygotowana, bardziej opanowana itd. Itp. No ale jeśli ktoś przyjaźni się z Erazmem z Rotterdamu i Tomaszem Morem, uprawia gorliwie mecenat sztuk oraz nauk wszelakich, a do tego robi skuteczny PR wychodzącej poza modlitewnik i tamborek edukacji młodych dam... Acha i jeszcze na wszelkie sposoby dogląda interesów Hiszpanii w Anglii (którą to wyspę Kasia w listach do ojca nazywała „lennem Waszej Królewskiej Mości” haha), jako pierwsza (ponoć) w historii ambasadorKA.  A Henryk  głównie polował. Na dworskie łanie. No dobra, coś tam jeszcze robił, ale już nie z równym poświęceniem. W każdym razie Kasia poległa, bo w tej grze zasady fair play obowiązywały mniej więcej tak jak savoir vivre wśród ludożerców. Do końca życia uznawała się za prawowitą królową Anglii ale robiła to w areszcie domowym, odseparowana nawet od swojej jedynej córki. Zmarła wkurzona i rozmodlona. Gdyby pożyła pięć miesięcy dłużej doczekałaby egzekucji swojej konkurentki, która także zaliczyła faila w kwestii zapewnienia kaszalotowi dziedzica i bezczelnie urodziła tylko córkę.  A na dodatek się stawiała.

W kwestii portretów mamy tutaj szesnastoletnią, przepiękną Kasię, siedmioletniego Henryka w obłędnym złotym czepku oraz to co z nich wyrosło. Czyli: zmęczoną życiem, tęgą ale twardą jak stal „failure is not an option” kobitę w idiotycznym „czepku angielskim” (jak dla mnie jedno z najbardziej poczwarnych nakryć głowy w historii) oraz nalanego dziada w wyjątkowo pięknej koszuli ze złotym haftem poprzeciąganej przez ozdobne nacięcia kaftana (kaftan też niczego sobie, świetny jest ten symetryczny wzór i ta ponaszywana biżu, no i cały portret jest genialny, ale tak to już jest jak się zatrudnia Holbeina młodszego).

czwartek, 9 czerwca 2011

Trumna, wieża i Joanna nie do końca szalona




               Pisałam już o tym, że urodzenie się Habsburżanką, albo zostanie nią w drodze zamęścia oznaczały wtopę na całej linii. A to z okazji chorobliwej ambicji i pokieranej polityki prokreacyjnej uprawianej przez samców tego rodu/gatunku. Na nieszczęsną Joannę, choć dzielnie produkowała zdrowych potomków, także czekała kupa nieprzyjemności. A wszystko dlatego że dziwnym trafem dostała się jej cała masa WŁADZY, czyli deficytowego towaru będącego dla jej najbliższych meskich krewnych obiektem pożądania mrocznym niczym berlińskie darkroomy. Jakoś tak wyszło że Joasia, która miała być po prostu płodną żoną, zostawała kolejno (no może nie kolejno ale nie na raz): regentką zjednoczonych Kastylii i Aragonii, władczynią Sardynii, Sycylii, Neapolu, Burgundii i sporej części Niderlandów, o gigantycznych włościach kolonialnych nawet nie wspominając (to jej rodzice sponsorowali wycieczki Kolumba). Ale co z tego skoro każdy tytuł, każdy tron był jej wyrywany z rąk przez tatusia/męża/synalka a ona sama spędziła większość życia zapuszkowana w klasztornej wieży? Niby chodziło o to że jest stuknięta, ale tak naprawdę była po prostu baaaardzo niewygodna (to taka jednostka chorobowa, straszliwa franca wciąż często występująca acz już nie tak zabójcza jak kiedyś). 


Wróćmy jednak do jasnowłosego dziewczęcia z pierwszego portretu. Podstawowym zadaniem małej Joasi było zostać żoną Ważnej Osobistości. Trening zaczęto bardzo wcześnie. W celu podpimpowania akcji córki Królów Katolickich na rynku matrymonialnym zafundowano jej solidną edukację. A że mała była bystra i posłuszna to szybciutko nauczyła się wszystkich języków rodzinnego imperium (a trochę ich było) a do tego francuskiego i łaciny. Na dodatek była śliczna jak malowanie. Nie było więc żadnych kłopotów z wydaniem jej,  w dojrzałym wieku lat 16, za Habsburga – Filipa Burgundzkiego zwanego Pięknym (nieco na wyrost,  biorąc pod uwagę zamieszczone podobizny, ale co ja tam wiem o ówczesnych kanonach męskiej urody),  jedynego syna cesarza Maksymiliana I. Filip (nota bene brat Pechowej Małgosi z poprzedniego wpisu) może i był wyględny ale także ambitny i bezwzględny, jak to Habsburg. A Joasia miała nieszczęście zakochać się w nim od pierwszego wejrzenia. Ponoć młoda para przez kilka miesięcy prawie nie opuszczała sypialni a wychowana na ultra pruderyjnym dworze Joanny Kastylijskiej (która jak fama głosi wolała sczeznąć niż okazać nieprzyzwoicie umieszczony wrzód lekarzowi) Joanna dostała seksualnego świra na punkcie małżonka. Ów zaś, kiedy minęły pierwsze amory, zdradzał ją niemożebnie i nieustająco. Zostawiał biedaczkę w zamku a sam uprawiał renesansową seks turystykę jak się patrzy. Nic dziwnego że wygłodzona, zazdrosna jak jasna cholera Joanna dostawała ataków wściekłości i apatii na przemian. No bo jak sobie radzic z bucem którego się kocha niemożebnie a który za każde przewinienie kara odmową ekhem powinności małżeńskiej (nakładał seksualne embargo, serio!). Co z tego że w ciągu niespełna 9 lat urodziła mu 6 zdrowych i bardzo długowiecznych dzieci – dwóch przyszłych cesarzy i cztery królowe? Co z tego że godziła się na odsuwanie jej od władzy i ubezwłasnowolnienie? Filip miał to głęboko w nosie a na dodatek bez przerwy skarżył się że Joanna ma nierówno pod sufitem. Prawdopodobnie miała „tylko” depresję ale poczynania męża nie były zbyt terapeutyczne i tylko pogłębiały jej chorobę. 
Jednak największa polka zaczęła się gdy Filip naglę padł trupem, nie dożywszy trzydziestki. Plota głosiła że otruł go teściunio, co się za cholerę nie chciał dzielic władzą, ale większość historyków stawia na ordynaryjny tyfus. Oszalała z rozpaczy, mocno zaciążona Joasia (niedługo potem urodziła ostatnią córkę, też zdrową i długowieczną!) odmówiła uznania tego przykrego faktu. Biedna dziewczyna raz po raz kazała otwierać trumnę i (podobno) tuliła się do truchełka. Nie pozwalała także by do zwłok zbliżały się jakiekolwiek inne kobiety – najwyraźniej uznając że i po śmierci Filipowi nie można ufać pod tym względem. I to był właśnie pretekst jakiego potrzebował jej żądny tytułów i tronów tatuś. Raz dwa zamknął Joannę w klasztorze i przejął wszystko co jej się należało. Biedna kobita już nigdy nie wyszła ze swojego więzienia – po tatusiu pałeczkę przejął jej najstarszy (okropny) syn, ( i bardzo zręczny) cesarz Karol V. Nie wypuścił matki, choć mógł. Nawet jej, patałach jeden, nie odwiedził. Za to zlecił dożywotnie przetrzymanie, żeby broń boże nie bruździła w jego habsburskim masterplanie. Przy takim traktowaniu biedna Joanna wreszcie naprawdę sfiksowała. Pod koniec życia, a żyła na swoje nieszczęście wyjątkowo długo bo aż 75 lat, toczyła ją ostra mania prześladowcza (jakby to powiedział Bond grany przez boskiego Seana Conneryego „szomhoł ajm not szurpriszed”) – osadzona odmawiała jedzenia, snu i kąpieli a nawet zmiany ubrania. Zmarła, co znamienne, w Wielki Piątek, czyli dzień męki pańskiej. Niechaj dusze ambitnego tatusia, puszczalskiego męża i wyrodnego synka duszą się w sosie słodko-kwaśnym za jej przesrane życie. Buuu.

A na obrazkach mamy młodziutką Joasię, Joasię nieco starszą, Filipa (podobno) Pięknego, Joasię i Filipa w duecie oraz Joasię z wrednym synkiem. Voila!

niedziela, 29 maja 2011

Pechowa Małgosia

Dlaczego pechowa? Bo co i rusz ktoś ją zostawiał albo wystawiał do wiatru. Los, ludzie, Bóg, fizjologia, you name it. Po pierwsze miała niefarta być Habsburżanką. Habsburgowie mieli bardzo hardkorowe parcie na władzę, zdobywaną za pomocą politycznego handlu własnym potomstwem. Chcieli genetycznie przejąć Europę. Oraz wymanewrować tak, żeby w każdym Habsburgu było 130% Habsburga (bo z jakiego innego powodu można się notorycznie hajtać z własnymi  siostrzenicami? „moda na sukces” to przy ich drzewie genealogicznym wyliniały pikuś). Żony i dzieci Habsburgów nie miały łatwo. W końcu oczekiwano od nich 130 procentowej wydajności. Te pierwsze miały się przede wszystkim skutecznie rozmnażać, te drugie – zajmować kolejne przyczółki przez polityczne małżeństwa i wtedy… skutecznie się rozmnażać. Obłęd. Małgosia (na pierwszym mug shocie w wielu lat około 2, na kolejnym więcej itd) miała baaaardzo ambitnego tatusia cesarza i mamusię Marię co była spadła z konia (a raczej „ z koniem” bo koń jeszcze ją przygniótł uszkadzając ostatecznie i nieodwracalnie) gdy Małgosi ten portret malowano. Tatuś natychmiast ruszył do uzupełniania liczebności rodu i zaręczył jedyną córeczkę z francuskim delfinem, rączym 12 latkiem z paskudnym nosem. Zgodnie z panującym zwyczajem Małgosię odwieziono na dwór narzeczonego, aby wychować ją na królową Francji. Zaraz potem kochany teść Ludwik XI sczezł. Wszystko szło jak po maśle. Ale potem się zaczęło. Małgosia nie miała jeszcze 10 lat kiedy jej narzeczony naglę wypiął się na Habsburgów i nie dość że zerwał zaręczyny  to jeszcze wyjął spod łapy żonę (niejaką Annę Bretońską, 11 letnią haha) niedoszłemu teściowi i poślubił ją prontissimo. Biedna Małgosia zdążyła już polubić hultaja a tu nagle wszyscy na dworze ją olewają, dissują, narzeczony zaprzestał wizyt. Była prawie królową a nagle jest zerem. I była nim jeszcze przez trzy lata bo dopiero po tym czasie łaskawie odesłano ją ojcu. A ów natychmiast zabrał się do szukania jej kolejnego męża. Nic dziwnego że po takiej jeździe Małgosi został podobno dożywotni wstręt do wszystkiego co francuskie. Na szczęście w międzyczasie potencjał matrymonialny cesarzówny urósł.  Była w idealnym wieku a francuskie wychowanie „na królową” sprawiło że grała na kilku instrumentach, uwielbiała czytać i pisała wiersze. Między innymi. I tak dostał się jej bardzo korzystny, jedyny syn ultrakatolickich Izabeli i Ferdynanda(a jedna z ich córek dostała się jedynemu bratu Małgosi, i też miała przechlapane, ale o niej kiedy indziej). Tyle że mężulek po pół roku od ślubu kopnął w kalendarz a zaraz potem Pechowa urodziła nie dość że córkę to jeszcze niedychającą. Potem był jeszcze jeden ślub ale tym razem bez dzieci to follow, bo znów potencjalny tatuś migiem wyzionął ducha. 26 letnia niedoszła królowa i podwójna wdowa przysięgła uroczyście nigdy więcej nie wychodzić za mąż. I słowa dotrzymała. Chyba zaraz po tym pech ją opuścił bo spędziła resztę życia zarządzając na zlecenie ojca Niderlandami oraz uprawiając mecenat sztuk fiu fiu. Bardzo żal mi tej małej dziewczynki z portretów, od razu widać że niezbyt radosnej i wyluzowanej. Ma takie piękne sukienki i takie ornamentalne nakrycia głowy i pejzaż z francuskim zamkiem w tle i cholernego pecha.        

czwartek, 26 maja 2011

późnośredniowieczne podlotki i sztuczny loczek


Na wstępie powiem tylko że interesują mnie przede wszystkim odmienność i przerysowanie, a zaraz potem historia, sztuka i ogromniaste kiecki. Postaram się połączyć to wszystko w miarę strawną całość. Właśnie tutaj. Zaczniemy, jak to bywa, od początku czyli od dzieciństwa. Na pierwszy ogień pójdzie "Prezentacja w świątyni" Memlinga z roku bodajże 1463. A dokładnie jego fragment na którym widać wtrynione, jak się to mówi "na chama" w scenę nowotestamentową córki fundatora. Państwo fundatorowie musieli albo nie mieć synów ani nadziei na nich, albo baaardzo kochać te dwie kościste panienki skoro wepchnęli je na zaszczytne miejsce między Maryją i Józefem. Siostrzyczki mają na sobie kiecki szyte według najnowszej mody acz ze skromnie przysłonionym dekoltem. Starszej przysługuje całkiem wypasione biżu, młodsza musiała się obejść ze smakiem. Obie mają ultramodną jasną cerę oraz włosy, wzruszająco podkrążone oczy i są tak skupione i poważne że aż człowieka ( a przynajmniej mnie) ściska w dołku na ten widok. Wygląda też na to że panienkom zgodnie z dziwną a przez  to ultrafajną fashion of the time podgolono czółka albo przynajmniej boleśnie ściągnięto włoski do tyłu (to wyjaśniałoby te ogromne, piękne oczyska) co by zrobić ładne tło do henninów. Henin to taki czepiec, który w swoich najbardziej rozbuchanych wersjach przybierał iście szatańskie kształty (kiedyś o tym będzie więcej) - jednak te są skromne,niskie i odpowiednie do wzniosłej sceny wyziębiania świętego dzieciątka w gotyckim katedrzyszczu. A spod henninów wystaje moje kochane kuriozum - sztuczny loczek. Baaardzo na fali wówczas, choć tak się składa że widuje go tylko na portretach podlotków, nigdy matron. Ot chociażby jak na pięknym czółku ździebko zezowatej i totalnie hipnotyzującej dzieweczki pędzla Patrusa Christusa (1470).Sztuczne loczki  (w wersji "w trójkącik" tudzież "na pętelkę" ) noszą także córki pani Barbary Moreel (1484) które były tak liczne że Memling musiał je co chwilę domalowywać, aż zabrakło miejsca i niektóre musiały być reprezentowane WYŁĄCZNIE przez swoje urocze czółka, sztuczne loczki oraz czubki główek. Nota bene pani Moreel, burmistrzowa Brugii i niewiasta z żelaza, wyprodukowała co najmniej 16 potomstwa (11 córek i 5 synów) które przeżyło niebezpieczny jak trzecia szyna w metrze wiek niemowlęcy i zakwalifikowało się na obraz Memlinga. I przeżyła! Ale jej talia to już chyba fikcja malarska. Bo zmęczoną minę rozumiem po całości.